Ekstremalna Droga Krzyżowa – przy okazji miód i wino 115

Ciągle zapominam, że w moim życiu (bo nie mogę stwierdzić tego u innych) nic nie dzieje się przypadkowo. Dopiero później, gdy wszystko się wyjaśnia, widzę BOSKI PLAN.

Ból kolana, który mnie nękał od października ubiegłego roku, i tylko podczas jazdy na rowerze, nie był przypadkowy.
To zastanawiające. Na co dzień kolano było zdrowe jak rybka, ale wystarczyło, że wsiadłem na rower i od razu lewa noga przechodziła w stan nieznośnego bólu.
Próbowałem modlitw, tak jak JEZUS zalecił w chwili ostatnich wskazówek i nic to nie pomagało. Nie traciłem wiary, bo wiedziałem, że jest w tym jakiś PLAN, tylko że nie wiedziałem jaki.
Ostatecznie dałem za wygraną i przez cztery miesiące nie robiłem nic, co pomogłoby mi utrzymać ciężko wypracowaną formę.

Pod koniec marca wsiadłem z powrotem na rower. Póki co, kolano testuję delikatnie, a ono odpłaca mi się przyjemnością, czerpaną z jazdy na rowerze.
Oczywiście z formy zostały strzępy, waga podskoczyła o 5kg itd.

Dlaczego o tym piszę?

W poprzedni piątek, szwagier namówił mnie na Ekstremalna Drogę Krzyżową, łączącą Sandomierz i Sulisławice. Podobnych imprez w Polsce jest wiele i każda charakteryzuje się tym, że ma długość powyżej 40 kilometrów.
Postanowiłem pójść bardziej jako osoba towarzysząca niż uczestnik EDK.

Po mszy wprowadzającej trochę się ociągaliśmy, ale w końcu wyruszyliśmy.
Ja, Łukasz, Karol (inicjator całego przedsięwzięcia) i Grzesiek.

1

Pierwsze kilometry mijały nam… yyy… szybko.
Co prawda organizatorzy imprezy zalecali milczenie, ale my traktowaliśmy te DROGĘ jak wyzwanie. Tempo było spore, więc co rusz mijaliśmy grupkę pokutników.

Na dwudziestym kilometrze (3,5 godziny marszu), w miejscowości Koprzywnica, dogoniliśmy czołówkę uczestników EDK. Zarządziliśmy przerwę.

20170331_113455.jpg

Moi współtowarzysze zdjęli buty i odpoczywali, ja już tego nie mogłem zrobić.
Kiedy kilka dni wcześniej szykowałem się do tego spaceru, zastanawiałem się nad doborem obuwia. Czy wziąć buty trekingowe, czy dopasowane do stóp byty do biegania. Wziąłem te dopasowane, z grubą skarpetą, która spasowanie zamieniła w ciasnotę. W Koprzywnicy moje stopy zaczęły puchnąć. Znałem doskonale ten stan z wielu podobnych pomyłek i wiedziałem, że najgorsze co można zrobić, to zdjąć buty.
Po trzydziestu minutach ruszyliśmy w dalszą drogę.
Poza opuchniętymi stopami odezwał się ból mięśni nóg. Zakwasy miałem praktycznie w każdym kawałku nóg. Ciężko było rozchodzić ból, ale po kilometrze, powróciłem do swego tempa.
Oderwałem się od kolegów, by pobyć sam na sam z BOGIEM.
Uwielbiam łazić po nocy i się modlić. Nikogo nie ma, cisza wokoło. Mimo, iż dookoła panują ciemności, ma się wrażenie jakby szło się w południe. Ponad to, bliskość z BOGIEM i ludźmi za których się modlę jest niesamowita.

Na trzydziestym kilometrze (5,5 godziny marszu) wspólnie postanowiliśmy usiąść na belach siana, które leżały na polu i zjeść posiłek.

3.jpg

Jakoś dziwnie pomyślałem, że ta EDK to bułka z masłem. Bolały mnie stopy, ale udawało mi się odłączać ten ból.

Po 20 minutach poderwaliśmy się by kontynuować marsz i stwierdziłem, że nie mogę ruszać nogami. Ból mięśni był potężny. Nigdy czegoś podobnego nie przeżyłem. Nie potrafiłem nad tym zapanować. Ruszałem nogami, ale każdy krok praktycznie mnie ścinał. Dodatkowo opuchnięte stopy przestały być tolerancyjne, jakby walczyły z bólem mięśni o to, który z nich jest najważniejszy.
Do przejścia zostało 12 km. Od tej pory zaczęła się Prawdziwa Droga Krzyżowa.
Dopadało mnie zwątpienie. Widziałem z odległości 3 km kościół w Sulisławicach, od którego się oddalaliśmy. Wtedy po raz pierwszy pomyślałem o JEZUSIE. ON nie mógł zrezygnować ze swej Ekstremalnej Drogi Krzyżowej. Zacisnąłem zęby i szedłem dalej.
Na 35 km na mej twarzy pojawił grymas bólu. Nogi odmawiały posłuszeństwa. Zacząłem się modlić, nie z przekonania, ale żeby odciąć umysł, przestać myśleć o bólu.
Łukasz i Grzesiek byli w doskonałej formie, więc poszli do przodu.
Z czasem zaczęli mnie wyprzedzać mocni zawodnicy, których wcześniej wyprzedziliśmy.

Zacząłem pojmować duchowo każdą stację. Nie chciałem się zatrzymywać, bo pragnąłem jak najszybciej zakończyć ten koszmar, ale jednak się zatrzymywałem i z taką samą pieczołowitością jak na początku, odczytywałem treść stacji.

Na ostatnich trzech kilometrach zrobiło mi się niedobrze. Chciałem wymiotować ze zmęczenia, choć tak na prawdę miałem pusty żołądek. Czułem, że mam gorączkę. To też ze zmęczenia. Podobny stan miałem, gdy rok wcześniej jechałem na rowerze trzysta kilometrów.
Co rusz mijała mnie organizatorka EDK i wypytywała, czy wszystko jest w porządku. Odparłem, że tak, ale chciałem wsiąść do samochodu i te ostatnie metry po prostu przejechać. Niemniej, znam siebie i wiem, że ciągle wyrzucałbym sobie tę decyzje, i że pewnego dnia wstałbym z łóżka i przeszedł dwa razy tyle, by udowodnić sobie sam już nie wiem co.

W końcu doszedłem do celu.
Byłem jednym z pierwszych.
Przywitała mnie kamera i prośba o kilka słów opisujących przeżycia. Nie umiałem się cieszyć, ale dla przyzwoitości ukształtowałem twarz w coś, co przypominało uśmiech i wydukałem kilka dźwięków.

Przed oczami miałem JEZUSA.
ON także dotarł do celu swej potężnie ciężkiej wędrówki, tylko, że nie miał powodów do radości. Na mnie czekała strażacka grochówka, na NIEGO śmierć.

 

Reklamy