Mazury – dzień 1

Po wielkim sukcesie z przejazdu rowerem szlaku Polskich Latarni Morskich, apetyt na podobną wyprawę wzrósł do kosmicznych rozmiarów. Ja, Piter i Lamia nie wyobrażaliśmy sobie, aby sierpniowe dni spędzić inaczej, jak na rowerowym siodle. Pytanie które nam kołatało w głowie brzmiało – GDZIE?

Podczas zimowych wieczorów jeździłem palcem po mapie całej Polski i stwierdziłem, że przebić nadmorski szlak R10 jest niemożliwe. Być może źle ustawiłem priorytety, bo chciałem czuć wakacyjną atmosferę, mieć duży wybór kempingów, wyżerkę na skinienie dłonią i spożywać wieczorem wino półwytrawne w nietuzinkowych okolicznościach krajobrazu. Przyznaję, że jak na polskie warunki, to zbyt wygórowane wymagania, zwłaszcza mając w perspektywie 6 dni kręcenia. Poza nadmorskim wybrzeżem, zawsze jakiś element wymogów cierpiał. W końcu wspólnie postanowiliśmy, że cel na sierpień 2016, to Mazury.
Do wzięcia udziału w wyprawie, dodatkowo  zapalili się Paweł i Darek.

Przez wiele godzin wytyczałem na mapie ślad naszej wyprawy, próbując
połączyć punkty „must see”, których poza turystyczną częścią Mazur, nie ma zbyt wiele.

Wybiła godzina wyjazdu…

Na wstępie tej relacji uprzedzam, że jakość zdjęć może być niezbyt porywająca, bo strzały robiliśmy czymkolwiek co robi zdjęcia, nie dbając o stronę artystyczną.

Kliknij na mapę  >>>>>

maz_1.jpg

Podczas pakowania nie znalazłem elementów, których mógłbym się pozbyć minimalizując ciężar bagażu. Na Latarkach mój ekwipunek był optymalny, więc wystarczyło zrobić powtórkę listy. Jedyna różnica to pewien gadżet, który otrzymaliśmy  od naszego kolegi Marka zza oceanu. Każdy się zgodzi, że bez tego elementu wyprawa mogłaby być uznana za nieważną.

120.jpg

Nie mogłem doczekać się tej wyprawy. Było po drugiej w nocy. Wyjechałem ponad godzinę wcześniej niż byliśmy umówieni, bo i tak nie zmrużyłbym oka, a poza tym,  chciałem już poczuć smak przygody. Na dworcu byłem praktycznie sam. Krew wariowała mi żyłach.

121.jpg

Z czasem zaczęła przybywać reszta ekipy.
Na peronie pożegnał nas główny nieśpioch RiC – Wojtek.

130.jpg

Pierwszym etapem podróży był desant do Suwałk. Bardzo lubimy gdy dzieje się to w pociągu, bo na tym etapie przygody przełamujemy lody, które już dawno zostały przełamane, ale że ta czynność nigdy nam się nie nudzi, dlatego zachowaliśmy tradycję.

100.jpg

Strzał z przesiadki w Warszawie.

101.jpg

122.jpg

Pociąg do Suwałk był wyposażony w wagon rowerowy, przerobiony z pocztowego. Niestety, nadal to jeszcze zbyt mało. Niemniej, można to uznać za gest dobrej woli w stosunku do rowerzystów.

102.jpg

Wreszcie stacja Suwałki.

132.jpg

103.jpg

Puste brzuchy przyciągnęły nas do popularnej jadłodajni.

104.jpg

Najedzeni wyruszyliśmy połykać kilometry. Tym razem poprzez resztę zmysłów karmiliśmy nasze dusze.

105.jpg

133.jpg

Tak jak na poprzedniej wyprawie, tak i na tej, każdy etap podzielony był na ok. 30 kilometrowe odcinki, wynikające z dbałości o gospodarkę wodną naszych organizmów.

Oczywiście na takich postojach nie może być pospolicie. Miejsce musi nas czym urzec i tak było tym razem.

106.jpg

123.jpg

Praktycznie cała trasa w tym dniu zaplanowana była po śladach GreenVelo. Przy okazji chcieliśmy sprawdzić co oferuje infrastruktura wokół tego przedsięwzięcia.

Charakter GreenVelo ściąga pewną rzeszę rowerzystów. Nie jest może tak jak na R10, ale też ma swój smaczek, choć jeszcze daleko do rarytasu. Jedyny mankament GreenVelo to sąsiedztwo dróg wojewódzkich i krajowych. Bywa, że GreenVelo odbija gdzieś wgłąb lądu, dając wytchnienie dla uszu, ale zaraz powraca i troszkę bywa to upierdliwe. A tak poza tym, śmiga się znakomicie.

Główną atrakcją tego dnia były mosty w Stańczykach.

108.jpg

124.jpg

Struktura terenu na Mazurach lekko nas zaskoczyła. Jesteśmy góralami niskopiennymi i to okazało się atutem, bo przewyższenia na trasie przypominają te w górach świętokrzyskich. Nie ma tam oczywiście wielkich gór, ale pofalowany teren wykluczył poziome odcinki, co odbiło się na czasie przejazdu i zużyciu energii.

107.jpg

Wieczorem dotarliśmy do naszego punktu końcowego trasy – jezioro Gołdap.

Po prostu ubzduraliśmy sobie, że każdy wieczór musimy spędzić nad wodą, popijając wino, ale wcześniej w naszych wnętrznościach ma się pojawiać syta kolacja, stąd wybór padł na Gołdap.

Na miejscu przywitał nas przelotny opad. Baaardzo intensywny. Trwał na szczęście krótko, po czym wynagrodził nas pięknym widokiem.

125.jpg

Rozbiliśmy obóz i pojechaliśmy do miasteczka nażreć się konkretnie.

109.jpg

110.jpg

Wieczór spędziliśmy na molo, popijając czerwone, półwytrawne wino, patrząc w niebo, na spadające tej nocy perseidy. Ten dzień został uznany za perfekcyjny. Żeby była jasność, kolejne też takie były, więc nie będę o tym więcej wspominał :-)

Reklamy