przedsylwestrowy wypad do lasu

Tuż przed świętowaniem znaczącej zmiany w kalendarzu, słońce oświetliło góry świętokrzyskie swoim pełnym blaskiem .
Niezwykle trudno było ignorować taką sytuację, więc pomyślałem, że powinienem spędzić w tym dobrodziejstwie choćby kilka godzinek.

Zapakowałem w plecak tarp, hamak i akcesoria do warzenia zielonej herbaty.
Poza samym wyjściem w góry, zależało mi bardzo na rozwinięciu umiejętności organizowania noclegu w lesie. Chodzi o to, że z namiotem radzę sobie w 10 minut. Tarp i hamak, to nadal dla mnie nowość. Ciągle coś pomijam, czasem mylę, tracąc cenne minuty na naprawę błędów, więc trening uczyni mnie pewnego dnia mistrzem.

Żeby dostać się jak najszybciej w góry, rozważałem użycie roweru, ale nadal niezidentyfikowana kontuzja kolana zamieniła ten plan na szybki marsz z kijkami. W sumie to dobrze, bo z kijkami nie widziałem się kilka lat. Poza tym, jest coś w leśnym trekingu. Obrazy wolniej się przesuwają i jest czas się nimi delektować.

100

101

Pierwsza czynność jaką wykonałem, to ocena miejsca pod leśny biwak. Miejsce takie musi być stosunkowo urocze. Przez to, że jestem trochę grymaśny, pochłania to sporo czasu. Dodatkowo odpowiedni rozstaw drzew na rozbicie hamaka, dostęp do opału, aby nie ganiać za nim pół kilometra. Zajęło mi to 10 minut… nawet nieźle.

Potem rozpalenie ognia.
To zawsze zajmuje sporą część czasu, zwłaszcza w zimowych warunkach.
Znalezienie suchego chrustu i coraz grubszego opału, który zapewni mi ok. 3 godziny ogniska, zorganizowanie paleniska, odpał i nastawienie zielonki – 30 minut. Tutaj nic się nie da urwać, może być tylko gorzej.

103

Zawieszenie tarpu i hamaka zajęło mi kolejne 30 minut. To bardzo słaby czas. Powinienem załatwić te czynności w 15 minut, ale popełniałem sporo błędów. Najgorszy był gdy naciągnąłem główną linkę tarpu, bez tarpu.  Cieszyłem się jak dzieciak, że super poradziłem sobie z nowo poznanymi węzłami, ale trzeba było linkę zdemontować, nawlec tarp i od nowa bawić się z węzłami.

102

Resztę czasu zużyłem na relaks – picie zielonki i leżąc w hamaku, delektowanie się zachodem słońca.

405

104

Przyznam się, że nie doceniałem tej formy obozowania. Przede wszystkim wymusza to pobyt między dwoma drzewami, rosnącymi  w odpowiednim rozstawie względem siebie. Namiot w tej konkurencji wygrywa, ale w górach, gdzie z drzewami nie ma raczej problemów, a na ziemi leżą kamsztoty wielkości arbuzów, lub pochylenie terenu wywoła prawdziwą walkę o utrzymanie się na karimacie, namiot jest bez szans. Poza tym, zawsze myślałem, że po noclegu w hamaku, człowiek wstanie „połamany”, ale nic z tych rzeczy. Przy odpowiedniej technice, którą podpatrzyłem u amazońskich Indian (mistrzów noclegownia w hamaku), można z powodzeniem spać w pozycji poziomej.

Ostatnia czynność, którą wykonałem podczas tego mini wypadu, to zwinięcie obozu i zatarcie śladów mojego pobytu – 20 minut. To bardzo zadowalający czas.

Reklamy