Janusze MTB

Pewnego, wrześniowego poranka spotkaliśmy się w zacnym gronie, żeby pojeździć na rowerze. Ale, żeby nie było tak pospolicie, to pojechaliśmy w okolice Rabki Zdrój, zdobyć na rowerach szczyt Turbacza.

Kliknij na mapę  >>>>>

31

Plan był bardzo ambitny, ale prawdziwy scenariusz napisała pogoda.

Pakowanie przebiegło sprawnie, w nastroju, który pozwolił pochwalić ten dzień, mimo, iż był to dopiero jego początek.

1

2

3

Nie umiem wytłumaczyć atmosfery męskich wypraw. Jest ona przede wszystkim nie do opisania. Nie to, że z kobietami jest coś nie tak. Po prostu męskie towarzystwo wyłącza czynnik opiekuńczości i pozwala się skupić na celu. To zapewne jest w genach, które w czasach prehistorycznych były pomocne męskiej części ludzkości do tropienia zwierzyny, czy ogólnej organizacji życia.
Dobra… nie rozpisuje się dalej na ten temat, bo czuję, że z każdym słowem się pogrążam :-)

Dojechaliśmy do podnóży góry Obiadowa. To bardzo dobry punkt wypadowy na przygodę w Gorczyńskim Parkiem Narodowym.
Ale żeby nie było kolorowo i cudownie, nad Turbaczem w momencie naszego przyjazdu zawisła gruba, czarna chmura. Wkoło słońce, a na Turbaczu tragedia.

4

Zaczęliśmy wspinaczkę. Było zimno, a warunki pogodowe robiły się coraz gorsze.
Wojtkowi to nie przeszkadzało. Pomimo temperatury w okolicach 5 st.C, Wojtek czuł się jak na wakacyjnej wyprawie.

5

W tym miejscu napiszę, że jazda rowerem po szlakach Gorczyńskiego Parku była lekkim szaleństwem, bo mokro, bo lessowe grunty zamieniły się z ślizgawkę. Wojtek założył na tę okoliczność KOJAKI i był jedynym uczestnikiem, który na tej wyprawie nie zaliczył żadnej gleby ;-)

6

7

8

Wspinaczka pod górę porwała peleton. Na szczycie Jaworzyna, dostałem telefon, że Wojtek będący kilometr za mną, ma „skończony” łańcuch… zbyt duża moc w nogach ;-)
Na szczęście wożę ze sobą od wielu lat skuwacz łańcucha, którego nigdy nie używałem, więc nadarzyła się okazja zdobyć kolejną umiejętność.
Wróciłem do Wojtka, po drodze mijając Pitera i Tomka, którzy duchowo wspierali usunięcie awarii.

9_1

Szybko poradziliśmy sobie z problemem i mogliśmy kontynuować zabawę.

9_2

9_3

Była chwila, że spod chmur wyłonił się jakiś sąsiedni szczyt góry. To mogła być niepowtarzalna sytuacja zdobycia zdjęć jakiejkolwiek panoramy. Od razu zabraliśmy się za sesję fotograficzną.

10

11

Kiedy ja wlazłem na punkt fotograficzny, chmury szczyt zakryły i wyglądałem jak palant, trzymający bez celu rower na głową w środku lasu… zdarza się.

12

Na jakimś delikatnym zjeździe poczułem się stosunkowo pewnie. Z konkretną prędkością dojechałem do sporego zbiornika wodnego, bez taktycznego znaczenia (kałuży) i pomyślałem, że wykonam super skok nad jego taflą. Poszło coś nie tak i przednie koło poleciało w lewo, ja w prawo i tak z Miękkim chwilowo się rozstaliśmy.

14

Lubie gleby, w których nic złego się nie dzieje. Spora dawka adrenaliny i radość, powodują, że człowiekowi chce się tańczyć :-)

15

Na Turbaczu, na punkcie widokowym, gdzie za naszymi plecami w słoneczne dni powinna rozciąga się panorama Tatr, potrzebowaliśmy się lekko przeorganizować i wywindować morale na wyższy poziom.

16

Na szczęście było dobrze zaopatrzone schronisko.
Rowery na prawo, a my na lewo.

17

18

Ciągle padał deszcz.
Zwiedzanie Gorczyńskiego Parku Narodowego w taką pogodę, baz widoków w… dal?… uważaliśmy za bezcelowe. Postanowiliśmy ślimaczym tempem „spłynąć” do samochodów.

19

Podczas zjazdu przede mną jechał Kuba.
Omijając kałużę zatrzymał go luźny grunt, musiał się podeprzeć w wodzie i w miejscu gdzie powinno być oparcie pod stopę, oparcia nie było. W rezultacie Kuba zaliczył klasycznego szczupaka w wodzie po kolana.
Na początku wyglądało to komicznie, ale doszedł do mnie fakt, że pogoda nie była najlepsza na kąpiele, a najbliższy komplet suchych ciuchów był oddalony od nas o jakieś 10 km.

Co chwilę ktoś zaliczał glebę. Czasem spektakularną jak Kuba, a czasem zwykła, nudną i mało śmieszną.

Wyjechaliśmy z lasu w okolicach schroniska Stare Wierchy.
Ku naszemu zaskoczeniu pojawiło się słońce!
Z pomocą grzanego piwa morale poszybowało w górę.
Od razu zmieniliśmy plan i zamiast kierować się do suchych i ciepłych samochodów, zaliczyliśmy super zjazd do Rabki Zdrój.

20

21

22

23

Ja i Łukasz mamy rowery na pełnym zawieszeniu. Ten odcinek trasy to był RAJ dla takiego sprzętu.
Jechałem za Łukaszem (przed nim jechać się nie dało).
To co robił z rowerem było czystą poezją. Przede wszystkim Łukasz nie używa hamulców podczas zjazdu. Nie wiem czy to dobrze, czy źle, ale po raz pierwszy widziałem, co te rowery potrafią między nogami szaleńca ;-)

Tuż przed Rabką zostaliśmy porządnie nagrodzeni cudownymi widokami. W tym miejscu było wiadomo, że wyprawa w pełni się udała. Czuliśmy, że miedzy innymi  po to tu przyjechaliśmy!

24

25

26

27

Na koniec czekała nas ostatnia atrakcja. Prawie dwukilometrowy podjazd z wejściem na +300m.
Pamiętam jak pierwszy raz wjeżdżałem tą drogą i zostałem przez nią pokonany. Teraz byłem w najlepszej formie jaką miałem kiedykolwiek i postanowiłem, że nie zejdę tak łatwo z roweru jak ostatnio.

28

29

Ci którzy się zdecydowali na wjazd ustawili swoje tempo i w głowie rozgrywali walkę z palącymi mięśniami nóg, ze zbyt małymi płucami…
Na szczycie wybuch endorfin był od razu odczuwalny.
Pierwszy wjechał Kuba. Dla niego ta górka była miłą przystawką.
Potem wjechał Tomek i ja zaraz za nim.
Obaj niechcący się motywowaliśmy. Choć było bardzo ciężko, patrzyłem jak Tomek wdrapuje się do góry, więc dodawało mi to sił. On zaś, co jakiś czas się odwracał i patrzył czy prowadzę rower.
Na szczycie powiedział mi, że gdybym zszedł z roweru, to on też by to zrobił i nie ukrywał, że było to jego marzenie.
Na koniec wjechał Wojtek.
Reszta z wielu powodów spacerkiem weszła pchając rower.
Wszyscy mieliśmy przyklejone uśmiechy. To było mimowolne…

30

Potem nastał powrót do domu i snucie nowych, rowerowych planów na przyszłość.

Reklamy