szosowa przygoda

Sporo zastanawiałem się nad jazdą po szosie, na szosie (szosówce).

Te myśli często się rodzą w mojej głowie od czasu, gdy przejechałem 300 km w trybie „non stop”. Pomyślałem, że gdyby się lepiej przygotować i  użyć innego roweru, to jest szansa na przejechanie 500 km… z góry uprzedzam, że nie jest to jakiś wyczyn, bo w Polsce są zawody na przejechanie 1008 km. Takie 500 km to jest rozgrzewka dla niektórych rowerzystów.

Ale, zanim zacznę przygotowywać się do takiej przygody (rzygać forsą na sprzęt), postanowiłem lekko liznąć temat.

Spośród rowerzystów tajnej grupy, wybrałem takiego, który jest mojego wzrostu – Piotr Ł.
Piotr pożyczył mi rower szosowy, a Paweł kask. Resztę wyposażenia dobrałem ze swoich zasobów. Nie wyglądałem zbyt profesjonalnie, ale wygląd miał tu najmniejsze znaczenie.

Dzień przed właściwym testem, pojechałem z Pawłem do Świętej Katarzyny na krótkie szosowe szkolenie i zbadanie co się z czym je.

50

Ale jazda na sucho, żadnemu rowerzyście nie wychodzi na dobre, wiec w spektakularnych okolicznościach przyrody lekko się nawodniliśmy.

51

Dzień drugi był testem właściwym.
Team stanowił Piter, Kuba, Bartek i ja.
Poza mną, chłopaki prawie się urodzili z szosówką w zębach. Opowiedzieli mi to i owo, i pojechaliśmy rozwijać szosowy skill.

Kliknij na mapę  >>>>>

56

Kilometry uciekały w doborowym towarzystwie.

53

To czego obawiałem się podczas jazdy rowerem szosowym, to dzielenie się czarną wstęgą z pojazdami czterokołowymi. Ale chłopaki znają kilka tras wokół Kielc, gdzie samochody były tylko sporadyczną przypadłością.

52

Z upływem kilometrów, team się rozpadał.
Mnie zależało, aby przejechać setkę, bo właśnie na taki test się nastawiałem, więc ostatnie 30 km pokonywałem w samotności.

54

Nad zalewem w Borkowie zacząłem układać wnioski.

Jazda na szosie jest fajną zabawą, zwłaszcza w grupie. Jedzie się, rozmawia ze współtowarzyszami, a kilometry uciekają.
Urzekł mnie w tej jeździe czysty szum wiatru, okraszony dźwiękiem jaki wydaje rower. Ten rowerowy dźwięk, to coś w rodzaju napiętej do granic możliwości aluminiowej konstrukcji. Czuć w tym dźwięku… hmm…  technologię. Nie umiem inaczej tego nazwać. Normalnie jeżdżę góralami, więc gdy takim wyjeżdżam na szosę, to opony wydają dźwięk stada szerszeni. W terenie góral też szumi, ale to inny rodzaj szumu.

Niemniej, jest coś, co mi się cholernie nie podoba w szosowej jeździe – pogoń za wynikami.
Prędkość, odległość, wypłukują wartościowe elementy z rowerowych przygód. Nie każdego to dotyczy, ale jest jakaś siła w tym rowerze, która wymusza takie działania.
To było widać, gdy się mijałem z innymi szosowcami. Na pięciu, których pozdrowiłem, żaden na pozdrowienie nie odpowiedział. Tłumaczyłem to sobie skupieniem treningowym. Ale gdyby taki podniósł rękę, zapewne korona by mu z głowy nie spadła.

Czy kiedyś będę jeździł szosowym rowerem?
– możliwe, ale nie wiem kiedy i czy w ogóle.

Spędziłem na tym rowerze 4 godziny. Przejechałem ze średnią prędkością o jakiej mogłem tylko marzyć. Ale nie odkryłem zapotrzebowania na ten rower.
Dla mnie trening, czyli jazda bez konkretnego celu, poza utrzymaniem formy, to spędzony czas na rowerze. Rower na którym obecnie trenuję, jest cięższy i wolniejszy. Kiedy wjeżdża się w teren na rowerze enduro, znaczenie ma własnie czas spędzony na rowerze, a nie przejechane kilometry… no i umiejętność pokonywania przeszkód, których szosówka nie rozwinie.

Jest jeszcze coś, co zmieniło moje myślenie o użytkownikach szosówek.
Toczy się nieoficjalna wojna pomiędzy jeźdźcami enduro, a szosowcami. Nie wiem z czego to wynika, ale jedni i drudzy lekko z siebie szydzą, uważając się za bardziej męskich. Takie testosteronowe przepychanki. Nawet jest kilka śmiesznych filmików na YT o tej tematyce.
Kiedy przejechałem się z chłopakami na rowerze szosowym, zrozumiałem ich pasję. Choć nie podoba mi się brak pozdrawiania się na drodze, to wyzwolił się u mnie szacunek do tej grupy sportowców. W końcu łączy nas jedna wspólna cecha – miłość do rowerów.

55

Reklamy