miało być dwieście plus, a zrobiło się ‚czysta’

Piątek, 4:30 rano, pobudka.
Założenie było proste – przejechać 200 km.

Do tej akcji przygotowywałem się cały tydzień. W głowie przejechałem tę trasę wiele razy. Byłem jak eksplozja wielkiej bomby zatrzymana w kulminacyjnym punkcie, czekająca na właściwy moment. Cała energia jaką posiadałem została skierowana na jeden cel. Nie mam najmniejszego pojęcia, co by musiało się wydarzyć, aby w ten dzień nie mógł pojechać w drogę.

Spod domu wyjechałem o 6:00 rano.
Opracowałem niemalże każdy kilometr tej wyprawy. Wyżywienie, ubranie na poranek (7 st. C) i południe (17 st.C).
W telefonie miałem zapakowaną odpowiednią muzykę, która miała za zadanie uspokoić myśli i zmotywować gdy będzie działo się źle.

No i wsparcie ludzi z tajnej grupy, którzy jak ja, zakochani są w rowerach bez pamięci.

Pierwsze 30 km było fatalne. Zatłoczona droga wojewódzka w kierunku Częstochowy. Wiedziałem, ze ten koszmar muszę przetrwać, by potem cieszyć się zupełnym spokojem na drodze.

Przed Kuźniakami wreszcie nastała cisza, choć niezupełnie. Dźwiękami, które zastępowały nawet najbardziej perfekcyjnie dobraną muzykę MP3 były odgłosy natury. Śpiew ptaków, gody owadów, szelest wywołany drobnymi podmuchami wiatru, okraszone zostały zapachem łąk i lasów.

1

Po pierwszych 50 kilometrach czułem się, jakbym jeszcze nie jechał rowerem. To był postój na zaplanowany posiłek i odpoczynek, którego w ogóle nie potrzebowałem. Nadal byłem nafaszerowany ogromną ilością energii.

2

Wtedy wpadł mi do głowy pomysł, który uważałem, że jestem w stanie zrealizować. Przejechać nie 200 km, a 300. Pomyślałem, że te dwieście, to spokojnie przejadę, więc i tak pewnego dnia wymyślę, że trzeba porwać się na trzysta. Rozpaliłem się w marzeniach. Podzieliłem się tym z tajną grupą, która od razu przyklasnęła, ale chwilę potem wszyscy zrozumieli, że będę tym pierwszym, który pokona barierę trzystu kilometrów. Nie piszę o nowym nabytku grupy (Piotr Waxmund), który został przyjęty zaledwie miesiąc temu, mający na koncie kilka przejazdów 1008 kilometrowych w trybie non stop.

Nagle, na grupie zawrzało.
Kiedyś padały pomysły o tym, by przejechać trzysetę, ale zawsze coś wypadało.
W ten piątek, została naruszona, nietykalna świętość. To dodało mi jeszcze więcej siły i wiary, że dam radę to zrobić.

Wśród aplauzu i hejtu jechałem sycąc się obrazami, zapachami i dźwiękami.

3

Po drodze napotkałem dwa miejsca Pamięci Narodowej, poświęcone mieszkańcom pobliskich wsi i członkom Armii Krajowej walczących z niemieckim okupantem.

Zawsze się zatrzymuję przy takich miejscach i wypowiadam kilka słów modlitwy, być może bardzo potrzebnej ludziom, którym to miejsce poświęcono, by o nich pamiętano. Nigdy nie przestanę powtarzać, że ci ludzie nie do końca byli grzeczni, bo to był czas, gdzie grzeczność była w głębokim deficycie. Walczyli o naszą wolność, uciekając się do różnych metod zabijania wroga. Możliwe, że część z nich tkwi gdzieś przed bramą nieba, czekając własnie na wsparcie poprzez modlitwę pamiętających ich czyn.

4

5

Przed Szydłowcem pojawiła się płaskość.

6

Nie sądziłem, ze po drodze będą jakieś atrakcje. Zasadniczo nie nastawiałem się na zwiedzanie, ale miło było podczas tego kręcenia popatrzeć na coś fajnego.

7

8

9

10

Skoro wpadłem na tak głupi pomysł, jakim jest pokonanie 300 kilometrów, musiałem się dobrze zastanowić, gdzie uzbierać brakujące w moim misternym planie 100 kilometrów.
Zamiast zrobić przerwę posiłkową na setnym kilometrze, pociągnąłem jazdę do 130 km robiąc dłuższą przerwę w domu moich rodziców.
Tam wziąłem prysznic, nażarłem się do sytości i zaplanowałem wyjazd do Zwolenia… przewyższeń prawie zero.

W Radomiu musiałem odnaleźć moją siostrzenicę, która miała przy sobie naładowany powerbank. Miałem swój napakowany na maksa, ale wolałem użyć dodatkowej energii elektrycznej, zasilającej moje urządzenia pomiarowe.

Zanim wyruszyłem do Zwolenia uzupełniłem braki magnezu i potasu. Czułem w udach stan przedskurczowy. Nie jestem zwolennikiem prochów, ale sytuacja była wyjątkowa.

11

W Zwoleniu miałem na liczniku ponad 170 km. Zacząłem odczuwać zmęczenie, a przede wszystkim znużenie.
Zjadłem dwa banany i zakupiłem dodatkową ilość Muszynianki.
Zaczęło do mnie docierać, że te dwieście kilometrów, to był dobry plan i trzeba było się go trzymać, a tak, byłem daleko od domu, z mocno obolałym tyłkiem.

Popatrzyłem chwilę na Janka Kochanowskiego i ruszyłem z powrotem do Radomia.

12

W końcu przekroczyłem dwusetny kilometr.

13

Za 20 kilometrów czekała na mnie ogromna wyżera. Kurczaki i przepyszna sałatka.
Nie ma jak u mamy…  :-)

Mama na odchodne zapakowała mi do plecaka kanapki, dodatkową porcję wody i ruszyłem w noc.

14

Tuż obok domu moich rodziców, u szwagra rozpoczęła się posiadówka znajomych. Pili sobie zimne piwko i zajada jakieś pyszności. Ciężko było wsiąść na rower i kontynuować jazdę. Cel pierwotny był osiągnięty. Nie musiałem komukolwiek coś udowadniać. Niemniej, droga wzywała, a ja, jak zahipnotyzowany, stałem się jej posłuszny.

Wyjechałem z Radomia o 22:00.
Z kalkulacji wynikało, że zabraknie mi 10 kilometrów do mojego super wyczynu, które gdzieś po drodze muszę uzbierać.

Tyłek bolał niemiłosiernie. To wynik błędu popełnionego dwa tygodnie wcześniej na niebieskim szlaki Pogorzałe – Kuźniaki.
Nie sądziłem, że po takim czasie będzie miało to jakiś wpływ, ale jak się okazuje, miało.

Byłem potężnie znużony. Jechałem koszmarnie wolno. Kilometry nie uciekały, co czasem potęgowało frustrację, z którą ciągle walczyłem i co najważniejsze wygrywałem.

Na jakimś przystanku autobusowym postanowiłem, że nie mogę schodzić z roweru nawet podczas przerw. Możliwość solidnego odpoczynku mogła zakończyć się nie drzemką, lecz super twardym snem.

15

Podczas nocy, na czuwaniu byli Piter i Wiktor. W każdej chwili mogłem do nich zadzwonić z prośbą o zabranie mnie do domu. Nie ukrywam, że ta myśl była cudownie słodka, ale im bardziej się przybliżałem do 300 kilometrów, psychicznie stawałem się potęgą, fizycznie wrakiem.
Odcinek Skarżysko – Gózd (20 km) zatrzymywałem się co kilka kilometrów. Choć niedobrze mi się robiło od soku, czy wody, konsekwentnie uzupełniałem płyny.
W Kielcach okazało się, że muszę uzbierać gdzieś 5 kilometrów. Dom, łóżko, możliwość pozbycia się roweru była w zasięgu ręki, a ja musiałem się jeszcze oddalić, by cały ten wysiłek miał jakiś sens.

Wreszcie zobaczyłem na liczniku rowerowym 300 kilometrów.
Ale wiadomo, że to nie on jest dowodem, tylko ślad GPX. Liczniki rowerowe posiadają pewne niedoskonałości w pomiarach, jak i urządzenia GPS, ale na jednym jak i na drugim musiało być trzysta.

16

Pod domem urządzenie GPS pokazało 304 km.
Ostatnie 100m przeszedłem pieszo. Nie miałem siły patrzeć na rower, a co dopiero na niego wsiąść.

17

Jakieś wnioski by się przydały :-)

W czasie drogi myślałem, że to będzie mój najbardziej zwariowany wyczyn, ale dziś wiem, że w zasięgu jest 500 km. Rozumiem, że to jest głupie, ale tej myśli pewnie za cholerę się nie pozbędę. Będzie ona mnie budować.
Oczywiście, przygotowanie do 500 km jest całkiem inne niż na przejażdżkę 100, czy nawet 200 km.

Wyżywienie:
Z samego rana zjadłem michę kluchów ze śmietaną i cukrem.
Na 50 km zjadłem 2 kanapki i dwa banany.
Na 130 km zjadłem przygotowaną petardę ryżowo-kiełbasiano-cebulowo-ketchupową. Taki mój zestaw, który daje mi kopa. Tata przygotował mi kakao. Nie był to dobry pomysł, ale obyło się bez sensacji.
Na 170 km zjadłem dwa banany.
Na 220 km zjadłem michę udek z kurczaka i przepyszną sałatkę.
Na 250 km zjadłem dwie kanapki i banana.

Wypite płyny:
Nie było upalnie, więc nie traciłem dużo wody.
Rano, do kluchów poszła zielonka, na trasie 1,5L herbaty z ogromną ilością cytryny i miodu ze spadzi iglastej, 2L soku jabłkowo-wiśniowego, 1L soku pomidorowego, 3L zielonej Muszynianki, 0,5L kakao zrobione przez tatę.
Na 130 i na 220 km zażyłem porcję potasu i magnezu z PLUSSSZ. Nie mam pojęcia czy to pomaga czy nie, ale po wypiciu tego cholerstwa, stany przedskurczowe w udach zanikły… więc może?

Wg pulsometru straciłem ok. 11482 kcal.
Kiedy stanąłem po wyprawie na wadze okazało się, że nie straciłem nawet grama.

Starałem się wysiłek utrzymywać na poziomie 120-135 uderzeń serca na minutę. Bardzo rzadko dochodziło do przekroczeń tych wartości.

Przesłuchana muza:
– chill step i deepfocus – czas 4h
– Lao Che  – Powstanie Warszawskie – czterokrotnie
– KSU – Pod prąd – drukrotnie

Z dziwnych sytuacji zanotowałem bolące lewe kolano na 250 km. Ten ból był dokuczliwy i właściwie po raz pierwszy taki odczuwałem. Nie zdziwiło mnie to, bo nogi wykonały tyyyyysiące ruchów, więc pewnie ta sytuacja była nieunikniona. Ale dało się z nim jechać pod warunkiem, że nie forsowałem tej nogi.

Ogromnie dziękuję tajnej grupie za wsparcie na trasie, za teksty, którymi mnie ciągle rozśmieszali i za to, że mogłem na nich w każdej chwili liczyć… zwłaszcza Witek i Piter.
Dziękuję mamie za super wyżerę i tacie za kakao, oraz próbę powstrzymania mnie przed dokonaniem tego wyczynu. Też jako rodzic próbowałbym swojemu dziecku wybić durnoty ze łba :-)

Dziękuję BOGU, który zawsze jest przy mnie, że podczas tej drogi, wspierając mnie szczególnie pilnował, zwłaszcza na nocnym odcinku (ok 3:00am), gdzie nie pozwolił pewnemu psiurowi zbliżyć się do mnie. Byłem tak zmęczony, że bez żadnego problemu pozwoliłbym się zjeść :-D
Pewnie niebezpiecznych sytuacji więcej mnie ominęło, ale o tym dowiem się w niebie, siedząc z BOGIEM przy ognisku, gdzie będziemy snuli opowieści o życiu.

KLIKNIJ NA MAPĘ >>>

18

 

Reklamy