zimowe sięganie po zakazane owoce

To był koniec stycznia. Zima lekko spuściła z tonu. W słuchawce usłyszałem lament Pitera – Padre… ruszmy się gdzieś… umrę jeśli nie pojeżdżę rowerem.
Zasiane ziarno przez Pitera padło na podatny grunt. Specjalnie nie walczyłem z pokusą, bo też byłem głodny roweru i przygód.

Za oknem nie było rewelacji, ale kto by się tym przejmował.

Wspólnie ustaliliśmy, że musi być rower, podróż koleją i ognisko. Reszta była bez znaczenia.

W porannych godzinach odjeżdża z Kielc pociąg do Skarżyska. Ten kierunek lubimy. Wiele naszych wspólnych przygód wiąże się z tym miejscem, więc i tę chcieliśmy wpisać na zawsze do naszych serc.

KLIKNIJ NA MAPĘ >>>

1

Obok budynku dworcowego można zwiedzić lokomotywę.

2

Jest możliwość wejścia do ‚szoferki’, obrócić pokrętła. Takie atrakcje dla małych dzieci.

3

Ale my nie jesteśmy już małymi dziećmi i postanowiliśmy odkręcić smak naszych przygód – SOPLICA – nalewka wiśniowa.

4

Obok Skarżyska, nieopodal zalewu Rejów, mieści się muzeum im. Orła Białego. Przyznaję się, że siłą zostałem wcielony do rowerowej sekcji lotniczej. Wiążą się z tym pewne obowiązki, np. przy każdym samolocie trzeba się zatrzymać i uczcić tę chwilę w możliwie uroczysty sposób.

5

My z Piterem nie znamy zbyt wielu uroczystych sposobów… w zasadzie, to znamy tylko jeden…

6

Ruszyliśmy dalej.

7

Przed nami był las powiązana z nim radość… cisza, spokój.

8

10

Przekraczanie znaczących zastoisk wody mieści się w programie każdej naszej przygody. Piter jest doświadczony rowero-pływakiem. Na jednej z wypraw, też jakoś tak zimowo-wiosennej, pokazał nam wszystkim jak prawidłowo przekraczać rzekę rowerem… znaczy się wpław. Teraz Piter się nie popisywał i wodne zastoisko przekroczył… yyy… normalnie.

9

12

Były miejsca trudne do przejazdu, gdzie nie dało się ominąć Ice Road… zero przyczepności.

11

Wreszcie posiłek. Gdzieś, tam czekało na nas ognisko. Zazwyczaj robimy je blisko domu. Ale teraz byliśmy jeszcze zbyt daleko. Ognisko rozleniwia i wejście z powrotem na rower jest dramatem, zwłaszcza wtedy, kiedy tyłek nie jest przyzwyczajony do siodełka.

14

No i łyczek nalewki na dobre trawienie.

15

Zaczęły się góry. Piękne widoki i spory wysiłek

16

13

17

Są różne formy zapisu śladu swoich wypraw. Ja robię to na GPS-ie i spodniach.

18

W Bodzentynie mój towarzysz podróży zaczął słabnąć.
Piter od czasu latarek siedział może ze dwa razy na rowerze. Obowiązki rodzinne i zawodowe trochę go odizolowały od jazdy. Ta wyprawa to zaledwie pięćdziesiąt parę kilometrów, dla Pitera taki odcinek to kiedyś była rozgrzewka. Ale po tak długiej przerwie od roweru i ogólnie ruchu, ta wyprawa odcisnęła na nim swoje piętno.

W Świętej Katarzynie zaopatrzyliśmy się w ogniskowy zestaw i pojechaliśmy w kierunku Kielc, znaleźć fajne miejsce na zorganizowanie finałowej posiadówki.

19

W sklepie znalazłem takie regionalne cudo, które okazało się nawet dobrym trunkiem.
Zbliżał się początek wielkiego postu, więc to ognisko uznałem za swoje ostatki.

20

71

Dojechaliśmy do Masłowa i nasze drogi się rozjechały. Ja byłem już prawie w domu. Piter jechał dalej na oparach sił, z obolały do granic możliwości tyłkiem. Nie ukrywam, że i ja poczułem tę wyprawę w nogach. Gdyby nie fakt chrzczenia ciekawym momentów naszej wyprawy, dalej pojechalibyśmy moim samochodem.

Jeden z naszych bliskich przyjaciół, który śledził rowerowe poczynania na żywo (nie mogę w tej chwili wyjawić jego tożsamości) jakoś przeczuł, że Piter ma do przejechania 15 km i raczej nie da rady tego zrobić. W czarnej godzinie zdzwonił się ledwie kręcącym wyprawowiczem i zabrał mojego kompana do domu samochodem… dzięki i chwała Ci za to nasz COMPADRE… Ty wiesz o tym!