rowerowe latarnie morskie – cz. 6 – dzień 5 i trochę 6

TRASA – dzień 5

KLIKNIJ NA MAPĘ >>>

d5

Sobota – Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny.

Tego dnia mieliśmy do przejechania 25 km. Nie katowałem ekipy poranną pobudką.
Ja wstałem wcześniej, tuż przed 8:00 i wybrałem się na poranną mszę, czcić po swojemu świąteczny dzień.

Po powrocie w kościoła skład był już na nogach. Wiszące wysoko na niebie słońce, wymiotło śpiąca drużynę z namiotów dużo skuteczniej, niż ja każdego ranka.

600

Wybraliśmy się zjeść porządne śniadanie. Dziewczyny cieszyły się, że mogły się ubrać w kreację prawie galową.

RE Camera

RE Camera

601

To były nasze ostatnie chwile spędzane na wybrzeżu. Czuliśmy przez skórę koniec przygody. Wydarzyło się tak wiele, że trudno było nam powrócić pamięcią do wydarzeń z pierwszego dnia. Doskonale znałem to uczucie. Zetknąłem się z nim na samotnej wyprawie do Albanii, czy na Sycylię z Wiktorem F. i Marcinem B.
Dzieje się tak, gdy codzienność przerywa się kilkudniową przygodą.
Normalnie, umysł ludzki nie notuje codzienności, bo jest co dzień taka sama. Zapisuje trwające zaledwie chwilę życiowe anomalie, które dzieją się niezwykle rzadko. Podczas przygód, jak ta rowerowa, dla ludzkiego umysłu anomalie życiowe trwają cały czas, więc trwa nieustająco zapis. Informacji jest ich tak dużo, że w codzienności, umysł zbiera takie ilości przez wiele miesięcy. Stąd trwająca kilka dni przygoda odczuwana jest jak podróż dookoła świata :-)

W tym dniu, do odjazdu pierwszego pociągu zostało ponad 4 godziny.
Leniwie spakowaliśmy się i pojechaliśmy na ostatnią latarkę w tej wyprawie – latarnia Rozewie.

RE Camera

605

Poniższe zdjęcie zostało wstawione celowo inaczej, bo było nam smutno.

602

Ostatnie 7 km rozciągaliśmy do granic możliwości naszego pobytu w tym miejscu.

RE Camera

Po drodze napotkaliśmy samolot – restaurację. Dla członka Rowerowej Sekcji Lotniczej – Pitera, było czymś niemożliwym, żeby jechać dalej bez dotknięcia tego akcentu podróży.

603

604

RE Camera

RE Camera

Wreszcie dotarliśmy na dworzec PKP we Władysławowie, choć słowo ‚wreszcie’ było totalnie nie na miejscu.

RE Camera

Zaopatrzyliśmy się delikatnie w prowiant i grzecznie poszliśmy na peron.

606

Na peronie było spore obłożenie. Wspólnie okupowaliśmy miejsce z kibicami jakiejś żeńskiej drużyny z Gdyni. Chłopaki byli nieźle wypici, ale starali się być kulturalni. Byliśmy dla nich egzotycznym zjawiskiem, więc było wesoło.

RE Camera

W pociągu nr 1, który wiózł nas do Gdańska, powoli sumowaliśmy naszą przygodę. Przypominaliśmy sobie co zabawniejsze momenty.

RE Camera

RE Camera

W Gdańsku kolejne zagęszczenie na peronie.

RE Camera

Pociąg nr 2 zawiózł nas do Poznania.
Siedzieliśmy już zamknięci w sobie, trochę zmęczeni, trochę stęsknieni za bliskimi i trochę smutni, bo oddalaliśmy się od czegoś, co wchłonęło nas doszczętnie.

607

RE Camera

609

Będąc w Poznaniu dowiedzieliśmy się, że przez Polskę przewaliła się mega burza i wszystkie pociągi są opóźnione o 3 godziny. Zrozumieliśmy, że dostaliśmy w prezencie taki bonus czasowy, który pozwolił wygasić umysły, a przede wszystkim zakupić porządny prowiant na dalszą drogę. Do dyspozycji mieliśmy jakiś mały dworcowy sklepik, w których nie było wyszukanych trunków, więc skorzystaliśmy z markeciarskich standardów.

RE Camera

610

Mój organizm wyczuł chwilkę wolnego, więc rozłożyłem się na peronowych ławkach i oglądałem powieki od wewnątrz :-)

611

Pociąg nr 3 do Kielc, to kolejne rozmowy o tym, co tak naprawdę się wydarzyło przez te kilka dni i czy ten czas, to aby nie sen, z którego się właśnie budziliśmy.

608

RE Camera

Pod pretekstem popilnowania rowerów, poszedłem na korytarz znowu popatrzeć na powieki od środka… widać czegoś tam ciągle nie mogłem się doszukać :-)

612

Kielce – smutek i radość z powodu powrotu.

RE Camera

Piter przypomniał sobie, że chyba nikt nie zaliczył spektakularnej gleby na tej wyprawie, więc żeby być pierwszym, dobrowolnie położył się na asfalcie, tuż przed kolejowych wychodkiem.

RE Camera

Trochę było nam przykro, że nikt na nas nie czekał. Przyzwyczailiśmy się do wywiadów, kwiatów, sławy…
Niemniej, przed dworcem, pakowała się część naszej ekipy na górski wypad rowerowy.

Dialog:
– aaa… to o was pisano w gazecie.
– no tak… to my byliśmy.
– kurcze… ja na rowerze dwa razy przejechałem tę trasę w tym roku… całą… aż do Krynicy Morskiej… i nikt nie zrobił ze mną wywiadu ;-)

RE Camera

Ostatnie kilometry.
Piter z dziewczynami pojechał do domu w kierunku zachodnim, a ja na wschodnim.

613

To koniec naszej opowieści.

Czy będzie kolejny sezon tej przygody?
Chyba dziś nikt sobie nie wyobraża, że nie będzie.

Dzięki za przeczytanie tych kilku, skleconych na kolanie słów, a przede wszystkim za cierpliwość, której mam nadzieję, że Wam nie zabrakło :-)