rowerowe latarnie morskie – cz. 5 – dzień 4

TRASA – dzień 4

KLIKNIJ NA MAPĘ >>>

d4

Przebudziłem się o 6:00 rano.
Poczułem na przedramieniu swędzenie z delikatną nutka pieczenia. Z przyzwyczajenia nie drapię miejsc, których wcześniej dokładnie nie obejrzę. Ta nutka pieczenia mnie zaintrygowała, bo przeważnie to sygnalizowało obecność kleszcza. I tak było tym razem. Generalnie nie panikuję mając ‚wkręconego’ kleszcza w skórę, bo przez nagminne łażenie po lesie, takie zjawisko występuje u mnie przeważnie raz na rok, czasem na dwa lata. W tym roku, był to już trzeci kleszcz. Zastanawiałem się czy zamknąć oczy i zająć się nim po 7:00 rano, ale świadomość, że jakieś cholerstwo wysysa ze mnie krew, nie dawała mi spokoju.
Pech był taki, że dwa dni wcześniej zgoliłem paznokcie po samej skórze, a w survival kit nie mam pęsety. Zastanawiałem się nad użyciem obcęgów z multitoola, ale nie są zbyt finezyjne i miażdżąc delikwenta, narobiłbym sobie sporych kłopotów. Pełen złości wyczołgałem się z namiotu w poszukiwaniu jakiejś pomocy, ale umówmy się, spotkanie kogoś z pęsetą na polu namiotowym o tak wczesnej porze graniczy z cudem.
W centrum Rowów odnalazłem jakiś hotel o podwyższonym standardzie. Z kuchni dobiegały odgłosy zapracowanej załogi. Jedna z kucharek pofatygowała się do swojego pokoju i przyniosła mi potrzebne narzędzie.

Kiedy wróciłem do namiotu o spaniu mogłem zapomnieć. To już nie miało najmniejszego sensu, więc spakowałem się i o 7:00 obudziłem resztę towarzystwa.

100

Zjadłem ogromne śniadanie, wypiłem sok z pomidorów i zielonkę.

RE Camera

RE Camera

Podczas pakowania, Piter dorwał starego składaka wyprawowego.

RE Camera

Czułem niedospanie. Pewnie spotęgowała to zielonka, która totalnie mnie zrelaksowała.
W czasie gdy ekipa była jeszcze w proszku, zapakowałem bambetle i pojechałem rowerem poszukać jakiejś ławeczki w cieniu, żeby złapać trochę snu.

Drzemałem w cieniu ok. 40 minut, ale po przebudzeniu nadal byłem niewyspany. Na szczęście nasz szlak prowadził przez las, chroniący przed upalnym słońcem.

RE Camera

W lesie mieliśmy możliwość zobaczyć jezioro Dołgie Małe – taka atrakcja dla zrowerowanych rodzin przebywających w Rowach.

105

106

107

Ten dzień miał obfitować w offroad-y. Wiedziałem, że nasze tempo będzie dużo wolniejsze. Czasem szerokaśne drogi zmieniały się w wąskie ścieżki.

108

Dojechaliśmy do latarni Czołpino.
Będąc w tym miejscu rok wcześniej wiedziałem, że ci, którzy chcieli popatrzeć na latarnię z bliska, musieli pokonać długie, piaszczyste wzniesienie.
Pod pretekstem popilnowania rowerów, odnalazłem kolejną ławeczkę w cieniu i złapałem następne, cenne minuty snu.

W tym czasie Piter wszedł na latarnię z transparentem, a dziewczyny wykonały pamiątkową fotkę z dołu.

RE Camera

Kiedy ekipa powróciła z latarniowej wycieczki, ja wreszcie czułem się wyspany i pełen sił.

Ruszyliśmy dalej.
Upał dawał się we znaki. Nie czekaliśmy na 30 km by uzupełnić płyny, tym bardziej, że planowany wodopój wypadał na jakimś bagnisku. Nasze organizmy potrzebowały natychmiastowej ochłody. W przyjemnej miejscowości Kluki odnaleźliśmy sklep i fajne dla oka atrakcje.

RE Camera

RE Camera

Czas w Klukach zatrzymał się w miejscu.
Mieliśmy wrażenie, jakbyśmy dojechali na koniec świata. To za sprawą końca drogi…. dosłownie.

Wjechaliśmy w porządny OFF.
Czuliśmy się jakby ktoś nas przeniósł do Wietnamu. Otaczała nas kompletnie inna kraina od tej, którą wchłanialiśmy przez kilka dni.
Niemiłosierny skwar, wysokie trzciny i brak żywej duszy.

112

113

114

Na wybojach, w rowerze Agaty poluzowały się śruby mocujące bagażnik.
Po wypadzie do Kazimierza, na którym straciłem kilka śrubek, byłem przygotowany na taką ewentualność.

RE Camera

115_1

W miedzy czasie minęli nas wracający rowerzyści z informacją, że szlak jest nieprzejezdny, że bagna i nie da się jechać dalej.
My jesteśmy z tych co nie lubią się wracać, poza tym intuicyjnie czuliśmy, że jakoś damy radę…

RE Camera

RE Camera

… i faktycznie daliśmy. Było trochę błota, ale w ekstremalnych miejscach szlak poprowadzono po drewnianych platformach.

118

119

RE Camera

RE Camera

Musze stwierdzić, że był to niesamowity odcinek drogi. Dał on zajawkę egzotycznej wyprawy.
Kolejne ok. 20 km to droga gruntowa, czasem utwardzona, czasem piaszczysta, prowadząca do Łeby.

W Łebie mieliśmy cholerny niedoczas. Tego dnia nie nastawialiśmy się na zrobienie setki, ale też do końca jej nie wykluczaliśmy… takie z nas twarde bestie :-)

Łeba to czas porządnej wyżery. Tym razem byliśmy mądrzy.

122

123

Ja spałaszowałem dwie porcje makaronu. Jedna na czerwono, druga na biało. Ta czerwona wersja wyjarała mi twarz. Pod koniec trzeba było mocno to zakrapiać.

Z ogromnym zapasem sił ruszyliśmy z kopyta.
Droga z Łeby do latarni Stilo wije się lasami, polami, łącząc ze sobą małe, zapomniane wioski. Z tych małych wiosek  bił wyraźny spokój. Te miejscowości nie są popularne wśród turystów, bo leżą daleko od morza i trudno do nich dotrzeć. Dawno nie widziałem dzieciaków bawiących się na drogach. Było to możliwe, bo samochód wydawał się być czymś abstrakcyjnym, a jeśli nawet jakiś się pojawił, to pofałdowana droga skutecznie temperowała sportowe zacięcie kierowców.

Do latarni Stilo dojechaliśmy o zachodzie słońca.

RE Camera

Rowery zostawiliśmy pod czujnym okiem pani fastfoodowej restauratorki, a sami ruszyliśmy pokonać kolejne piaszczyste wzniesienie.

RE Camera

126

RE Camera

Słońce się z nami praktycznie pożegnało. Do stówy zabrakło 30 km. Spokojnie wypiliśmy napoje chłodząco-uzupełniające i postanowiliśmy, że jednak zrobimy setę. Wypadała ona w miejscowości Dębki, w której co roku spędzam wakacje z rodziną. Ucieszyłem się na tę wiadomość, bo Dębki naprawdę ciepło mi się kojarzą.
Obiecałem drużynie, że drogi będą raczej super jakości, ale trochę się pomyliłem.

Przez 15 km nie było tragicznie. Potem, około 7 km przed Białogórą rozpoczął się piaszczysty odcinek drogi. Dla Pitera był to 4 kilometrowy koszmar. To była jedyna sytuacja, kiedy Pitera opuściło silne poczucie humoru. Uśmiechał się co prawda, ale wydaje mi się, że wyobrażał sobie jak mnie zakopuje w tym piachu i to prawdopodobnie reperowało mu samopoczucie. Problem był taki, że musiał mnie dogonić, więc jego ciężkiemu parciu do przodu nadałem cel.

Za Białogórą mieliśmy 10 km dobrej jakości szutrów. Jechaliśmy w kompletnych ciemnościach. Z przodu jechałem ja i Agata, a za nami spokojnie Piter i Karola.
Moja lampka dawał dobry snop światła, w którym jechała Agata. Agata myśląc, że być może ją wyprzedzę, starała się utrzymać pozycję liderki. Ja myśląc, że Agata zaraz wyjedzie mi ze światła, starałem się oświetlać jej drogę i jeszcze bardziej się do niej przybliżałem. Więc ona uciekała przede mną, ja ją goniłem, żeby przede mną nie uciekła i tym sposobem kręciliśmy jak popieprzeni. W sumie było fajnie, bo 10 km pomiędzy Białogórą a Dębkami zrobiłem chyba w rekordowym czasie. W Dębkach zrozumieliśmy co się wydarzyło i mieliśmy kupę śmiechu.

Na polu namiotowym pojawiliśmy się o 22:00.
To był piątek. Obsługa pola wybierała się zażyć nocnego życia. Kompletnie ich nie obchodziło, że jesteśmy zmęczeni, że musimy skorzystać z prysznica, zamkniętego na cztery spusty. W końcu udało nam się wyrwać od nich klucz do jednej z kabin, za free (normalnie koszt pobytu pod prysznicem kosztuje 10 PLN). Pewnie to wynik naszego uroku osobistego :-)

Ten wieczór spędziliśmy standardowo na plaży, w towarzystwie nietuzinkowego, czerwonego, wytrawnego wina, słonych krakersów i muzyki DISCO płynącej z plażowej knajpy.
To było nasze pożegnanie z morzem. Następnego dnia czekał nas twardy powrót do rzeczywistości.

128