rowerowe latarnie morskie – cz. 4 – dzień 3

TRASA – dzień 3

KLIKNIJ NA MAPĘ >>>

d3

Tej nocy spałem jak dzieciak. Nic nie słyszałem, a podobno się działo.

Piter zwiedziony na polu namiotowym cichymi dźwiękami gitary, dotarł do źródła, którym okazała się kapela jeżdżąca po wybrzeżu i dająca koncerty gdzie się da. Piter jest niezwykle czuły na takie dźwięki i zawiązując krótkotrwałą przyjaźń z grającymi chłopakami, zapomniał, że trzeba się chociaż trochę wyspać przed kolejnym, rowerowym dniem. Zwiódł biedną Agatę, która w porę się opamiętała, gdy zobaczyła na dobre rozkręcającą się imprezę i uciekła do namiotu złapać choćby chwilę snu. Osobiście to żałuję, iż nic o tym nie wiedziałem, bo byłoby wielce prawdopodobne, że poszedłbym ratować towarzysza podróży i pozwolił się pojmać objęciom imprezy.

Nadszedł poranek.
Odprawiliśmy rytuał, czyli śniadanie, kawka, ja pranie i ruszyliśmy w drogę.

54

Od naszych przyjaciół z tajnej grupy rowerowej dostaliśmy informację, że jesteśmy sławni. Pokazywano nasz ‚niezwykły’ wyczyn w telewizji. Pisały o nas gazety. Po cichu spodziewaliśmy się wizyty zakładach pracy ;-)
Nasz medialny patron (Piotrek Ł.) obiecał, że TVP oddział Gdański zrobi z nami wywiad na mecie. Śmialiśmy się, że dostaniemy zaproszenie do Stoczni Gdańskiej, uściśniemy spracowane ręce ludu pracującego, że nasze odciski pojawią się w Alei Gwiazd w Międzyzdrojach.

401

402

403

404

Lecz prawda o szlaku Polskich Latarni Morskich jest taka, że co dzień setki rowerzystów pokonuje tę drogę, więc nie można nazwać tego wyczynem.
Bywało też, że na szlaku robiło się miejscami ciasno :-)

55

RE Camera

Gdy poprzedniego wieczora piliśmy wino na plaży, Piter rzucił, że wyczyn to może i by był, gdyby ten szlak zrobić na hulajnodze. Ale gdzie tam. I to okazało się mocno oklepane, gdy po południu spotkaliśmy Holendra Antonia i jego towarzyszkę z Polski, którzy wyruszyli na kickbike-ach z Krynicy Morskiej do Holandii. Dziennie robili na tych pojazdach ponad 100 km… w sumie, to robiło już wrażenie!

56

Wyczyn, nie wyczyn, swoje kręciliśmy. Nie robiliśmy tego ani dla sławy, ani pieniędzy, czy czegokolwiek. Czerpaliśmy z tej wyprawy pełnymi garściami, oddając się radości z tego, w czym byliśmy i co nas otaczało.

59

RE Camera

RE Camera

W Darłowie mieliśmy swoją kolejną latarkę.

57

58

W Darłowie też wypadła nasza 30-stka, a to oznaczało płyny uzupełniające, bo upał, bo nie wolno doprowadzić do odwodnienia itd… powodów można mnożyć w nieskończoność, tylko po co?

RE Camera

60

Gdy tak sobie odpoczywaliśmy, rozprawialiśmy o tym, że przydałby się jeden dzień wolnego od roweru. Brakowało takiego posiedzenia i delektowania się chwilą. Na co szybko stwierdziliśmy, że i tak z nudów jeździlibyśmy na rowerach :-)

Jechaliśmy wybrzeżem.
Widok jak i sam klimat był niezwykły.

RE Camera

61

62

Piter postanowił wykąpać się w morzu. To było silniejsze od niego. Zarządziliśmy postój.

63

RE Camera

64

Pewnie moglibyśmy zostać w tym miejscu i nikt nie miałby nam za złe, ale przygoda wzywała. Była silniejsza niż piękna, pusta plaża.
Pojechaliśmy do Jarosławca.

RE Camera

65

W Jarosławcu trzeba było odbić od wybrzeża, bo zaczynał się kompleks obiektów strategicznych i przejazd wybrzeżem był chyba niemożliwy.

66

Po drodze napotkaliśmy dwóch Niemców. Jechali z Krynicy wzdłuż wybrzeża Polskiego i Niemieckiego.

67

Próbowałem się od nich dowiedzieć, czy jest jakiś sposób, którego być może nie znam, aby z powrotem przybliżyć się do nabrzeża. Ale oni mieli tę samą wiedzę co i ja.

Dodatkowo, na lądzie dopadło nas niemiłosierne wietrzysko w twarz. Nawet podczas jazdy z góry trzeba było redukować przełożenia na lżejsze. Ale żeby było jeszcze bardziej kolorowo, Piter złapał potężnego kapcia. Jego opony ‚slick’ były kompletną porażką na tej wyprawie. Zbyt słabe na szutry, a w piasku tonęły niczym w bagnie.

68

69

Dziewczyny postanowiły nas zostawić, bo czuły się jak piąte koło u wozu i pojechały do Ustki. To była dobra decyzja, bo w Ustce, w ostatniej chwili dotarły do sklepu rowerowego i zakupiły kilka zapasowych dętek.

Kolejne 15 km to istny koszmar.

RE Camera

Ja nie radziłem sobie z tym cholernym wiatrem, a Piter co 3 km stawał i dopompowywał koło.

W Ustce, morale grupy mocno opadło. Do setki brakowało nam ok. 15 km.

70

Słodkie batony i banany doprowadziły mnie do stanu używalności. Dziewczyny wypiły mrożoną kawę, a Piter niczego nie potrzebował, bo jego morale nigdy nie spada :-)

Zapadał zmierzch.

RE Camera

71

Chcąc utrzymać dobrą passę – 100 km w jeden dzień – potrzebowaliśmy się sprężyć. Wiatr ucichł, to była dobra wiadomość.
Na wschód od Ustki, w miejscowości Orzechów na chwilę utknęliśmy. Ciągle mieliśmy nadzieję, że znajdziemy jakiś szlak wzdłuż wybrzeża, lecz bezskutecznie.

RE Camera

Po raz kolejny pojechaliśmy wgłąb lądu szukać alternatywnych dróg.

Byliśmy głodni. Zaniedbaliśmy sześćdziesiąty kilometr na którym powinniśmy porządnie się najeść. Błędnie podjęta decyzja w Ustce, żeby jechać dalej bez obiadu, miała konsekwencje w postaci psychicznego osłabienia.
Bez większych ceregieli wybraliśmy pewne asfaltowe drogi, które doprowadziły nas do miejscowości Rowy.
Jakieś pięć kilometrów od Rowów, coś się we mnie przestawiło. Nagle dostałem ogromny zastrzyk energii i mogłem ostro kręcić dalej. Piter i Agata też mieli podobne odczucia. Ale Karola ucierpiała. W niej nic się nie przestawiło i na oparach sił dokręciła do Rowów.

Wykorzystując resztki światła rozbiliśmy obozowisko na polu namiotowych i poszliśmy się nażreć… dosłownie.

72

Piwo i pizza postawiły mnie na nogi.

Potem odnaleźliśmy sklep ze szlachetnym trunkiem, podnoszącym najbardziej upadłe morale świata. Przy okazji zostawiliśmy na sklepowej reklamie ślad naszej bytności.

73

Ten wieczór Karola odpuściła. My też nie szukaliśmy mocnych wrażeń na plaży, więc w pobliżu naszej noclegowni rozpracowaliśmy dobre, wytrawne wino i zieloną herbatę.

74

Ten dzień chyba na każdy odcisnął piętno. Poza tym, temperatura spadła do bardzo niskich wartości, nie dotykanych od dawna przez słupek rtęci w termometrze.
Tym razem cała drużyna ułożyła się grzecznie do snu.