rowerowe latarnie morskie – cz. 3 – dzień 2

No chyba jednak nie przyspieszę z opisywaniem wakacyjnych wydarzeń. Zawsze coś… :-)

TRASA – dzień 2

KLIKNIJ NA MAPĘ >>>

d2

W nocy obudziła mnie burza… taka z piorunami i wszystkimi wywołującymi adrenalinę atrybutami. W takich warunkach śpi mi się wyśmienicie, bo tłukący deszcz o o powierzchnię tropiku ma dla mnie uspokajające właściwości, nawet gdy wkoło panuje ogólna rozpierducha.
Pamiętam, że przed ponownym zaśnięciem pomyślałem o moich współtowarzyszach podróży, że pewnie teraz żałują, że kupili markeciarskie namioty, że zazdroszczą mi komfortu i niezniszczalnej konstrukcji schronienia. Rano okazało się, że nic podobnego. Ich namioty po nocnych huraganach wyglądały wcale gorszej niż mój. Nawet wydawały się kompletnie suche, jakby burza ich nie dotyczyła. Po za tym, oni złożyli swoje namioty w szesnaście sekund, a ja…. no mnie zeszło trochę dłużej.
Niemniej, w nocy oberwała Karola lekką dawką wody, bo nim się przebudziła i zamknęła niedomknięty tropik, zdążyła zaprosić do środka trochę szalonej pogody.

1

Zapomniałem dodać, że zanim dopiliśmy ostatni łyk wina poprzedniego wieczoru, ustaliliśmy, że każdego dnia będziemy dziarsko wstawać o 7:00 rano.
Czy poranna pobudka przypominała dziarskie ruchy wysportowanej ekipy?… no dyskutowałbym. Ale też nie spieszyło nam się specjalnie. Działaliśmy bez konkretnego planu. Oczywiście latarnie były naszym celem, ale główne zamierzenie, to jeździć rowerem i dobrze się bawić.

Z takim nastawieniem, zjedliśmy śniadanie składające się z bułek, serków, bananów i miodu. Ja zrobiłem szybkie pranie, wplotłem mokry zestaw ubrań w gumową pajęczynę i opuściliśmy obozowisko ok. 10 godziny.

35

RE Camera

36

Temperatura powietrza była perfekcyjna. Zero wiatru, który mógłby zetrzeć nam uśmiech z twarzy.

Jadąc rowerem zauważyłem jak wiele mnie minęło na wyprawie poprzedniego lata. Fakt był taki, że jadąc na motocyklu mocniej cisnąłem do przodu, żeby zobaczyć i mieć z tej wyprawy jak najwięcej. Teraz jechałem bez ciśnień. Poza tym, rower pozwolił mi bardziej przybliżyć się do morza i poczuć jego obecność.

37

4

Niemalże na starcie mieliśmy pierwszą tego dnia latarkę – Niechorze.

5

Za Niechorzem wreszcie rozpoczął leśny trakt.

6

Wyznaczając tę trasę nie byłem do końca pewny, czy nie pakujemy się w ślepą drogę. Bałem się, że zaraz pojawi się człowiek z karabinem i zawróci nas, bo cały las, to czynna baza wojskowa. Generalnie przejazd się powiódł, choć jak już byliśmy w tym lesie, miałem nadzieję, że uda się odwiedzić jakieś wojskowe obiekty. Zbyt dużo wymagałem. Teren objęty jest całkowitą kontrolą, a grzecznościowo rowerzyści mogą skorzystać z leśnego szlaku wyznaczonego przez wojsko.

Jest też romantyczny punkt widokowy.

RE Camera

Dotarliśmy do Mrzeżyna.

38
To był nasz 30 km. Wspólnie ustaliliśmy, że od tej pory, każdy 30 kilometr będziemy przeznaczali na uzupełnianie płynów, a każdy 60 na prowiant, a także konieczne uzupełnianie płynów. Z niewyjaśnionych przyczyn dało się wyczuć entuzjazm w grupie :-)

Na dobry początek zanurzyliśmy się w regionalny smak.

40

39

Aparat Agaty jest wielkości kabanosa.

9

Od tej pory czuliśmy się jak na wakacjach. Dokładnie dobę potrzebowaliśmy, aby zgubić nasze codzienne troski, aby stać się wolnym człowiekiem. Wcale się nie pomylę, że cieszyliśmy się tą chwilą jak dzieciaki.

Ruszyliśmy dalej w drogę.

41
Z tej dziecięcej radości zapomniałem zabrać kask z portowej knajpy w Mrzeżynie. Na szczęście musiałem się wracać ok 200m. Na miejscu okazało się, że Piter zapomniał zabrać plecak z cennym dobytkiem. Przypomniał sobie o tym jakieś 5 km później. Minę miał nietęgą.

10

Potrzymałem go w delikatnej niepewności i oświadczyłem, że mam jego plecak :-)

11

Do Kołobrzegu było już zwykłe kręcenie.
Ten odcinek pokazał, że skład jaki stanowiliśmy był doskonały. Kiedy ktoś chciał rozmawiać, to rozmawiał. Gdy ktoś chciał przeżywać w sobie drogę, to przeżywał. Panowała absolutna wolność. Nikt, nikogo do niczego nie zmuszał, ani nie powodował skrępowania.

RE Camera

RE Camera

Był czas na wyścigi z zielonymi ludkami…

14

Latania Kołobrzeg

15

Za Kołobrzegiem znajduje się stare poradzieckie lotnisko wojskowe. Prowadzi do niego droga wzdłuż linii brzegowej morza. Bardzo fajny odcinek.

RE Camera

17

Poradzieckie lotnisko było dla nas miejscem numerem jeden na liście tej wyprawy.

18

Po pierwsze: Piter jest fanem lotnictwa… co widać.

22

19

Po drugie: docelowo miał jechać z nami jeszcze jeden fan lotnictwa – Witek, którego dziwna niedyspozycja uziemiła na dobre. Lecz Wit miał jedno ogromne życzenie. Poprosił Piotrka, aby ten również w jego imieniu jakoś zaznaczył obecność na lotnisku Wielkiego Brata. Nieczynny schron był najbardziej spektakularnym obiektem na pozostawienie pamiątki.

42

RE Camera

43

Cel nadrzędny wyprawy był osiągnięty. W tym miejscu moglibyśmy wsiąść do pociągu i wrócić do domu, ale wiadomo, że tego nie zrobiliśmy… pojechaliśmy dalej na wschód.

23

W Ustroniu Morskim wypadł kolejny czas na popas. Posiłków o właściwych porach pilnowaliśmy jak dziecko matczynej kiecki. Bez konkretnego paliwa nie ma kręcenia.

RE Camera

26

Tuż przed opuszczeniem Ustronia minął nas rowerzysta, obok którego nie przejeżdża się obojętnie.
Wiadomo… sam wehikuł był totalnie odjechany. W swojej głowie zachodziłem jak na coś takiego się wsiada? z balkonu?
Ale to nie było coś, co najbardziej zaprzątało mój umysł.
Ten rower był wyposażony w dziecięcy fotelik i jestem pewien, że nie służył jako ozdoba. Więc, jakie umiejętności szybkiego reagowania na dziwne sytuacje występujące na drodze miał ten człowiek ???

27

Uzupełnieni ruszyliśmy w drogę.
Będąc na szlaku polskich latarni morskich nie ma się wrażenia, że robi się coś spektakularnego. Wariatów z sakwami jest masa. Z niektórymi widywaliśmy się kilkakrotnie.

RE Camera

Tego dnia udało nam się dotrzeć do jeszcze jednej latarki – Gąski.

28

Nie mieliśmy w planie bicia rekordów, ale dobrze nam się kręciło tego dnia. Czerpaliśmy z tego radochę. Żadne z nas nie chciało za cholerę zejść z roweru. Pewnie za sprawą endorfin.

29

RE Camera

Setka pękła, więc siłą zmusiliśmy się do poszukania noclegu. W końcu trzeba było sobie zostawić coś na następny dzień.

31

Byliśmy już ekspertami w organizacji neclegowania.
Szybkie rozbicie namiotu, choć słowo ‚szybkie’ odnosiło się tylko do Pitera i Agaty.
Potem prysznic. Ja robiłem pranie tego co w ciągu dnia miałem na sobie. Moi towarzysze nabrali pół szafy ciuchów, wiec na każdy dzień mieli zmianę, przynajmniej tak opowiadali, ale kto by to sprawdzał. Pod koniec dnia mieliśmy jeden wspólny zapach :-)

Wieczór to poszukiwanie sklepu ze szlachetnym trunkiem i słonymi krakersami.

32

… i plaża z szumem morza na tle gitarowej muzyki.

33

34

O północy grzecznie poszliśmy się przespać do namiotów, choć okazało się, że wcale grzecznie nie było. Ale o tym już w następnym odcinku.