rowerowe latarnie morskie – cz. 2 – dzień 1

Tak jak obiecałem, relacja rodzi się w bólach, ale wydaje mi się, że teraz trochę przyspieszę… może :-)

TRASA – dzień 1

KLIKNIJ NA MAPĘ >>>

d1

Skład:

5_1

5_2

5_3

5_4

Nadszedł dzień wyprawy.
Poszedłem grzecznie do pracy, ale myślami byłem już na rowerze. To ciekawe jak umysł ludzki szybko przestawia się na tryb wyprawowy i jak mozolnie na tryb standardowy, a czasem nawet nie powraca.
Życie w drodze odciska pewne niezmywalne piętno, którego nie umiem i nie chcę się pozbyć.

Popołudnie spędziłem przy rowerze.

1_1

Jeśli chodzi o bagaż, to próbowałem zejść do minimum. W tej wyprawie waga miała ogromne znaczenie. Trud podróży miałem odczuć w nogach, więc wszystko co nosiło imię ‚przyda się’ wylatywało z sakw.
Z ubrań zabrałem tylko dwa zestawy, z których jeden miałem na sobie, a drugi miał się suszyć podczas jazdy. Reszta to drobiazgi związane z rejestracją tej wyprawy, kontaktem z rodziną, higieną i noclegiem.

W końcu nastała noc.
Nieuchronnie zbliżał się czas odjazdu pociągu w kierunku Świnoujścia.
Pożegnałem się z rodziną i pojechałem na dworzec.
Generalnie wyjechałem grubo przed czasem, ale nie mogłem się doczekać fizycznego początku tej przygody. Chciałem natychmiast ją pochłaniać, być w niej.

Na dworcu byłem sam.

1

Z minuty na minutę pojawiali się towarzysze podróży i osoby z tajnej grupy, chcące nas pożegnać… cholernie miłe uczucie.
Za sprawką naszego kolegi Piotrka Ł. pojawiła się telewizja TVP KIELCE.
Piotrek nadał tej wyprawie wyższy cel – Dziesięć latarni na dziesięciolecie TVP KIELCE. Z tej okazji napisano też o nas w kieleckich gazetach.
Staliśmy się sławni i tak trochę się czuliśmy :-)
Można się z tego śmiać, ale pomyślałem, że może to kogoś natchnie do wyjścia z domu, do przeżycia jakiejś przygody. W końcu i ja pojechałem motocyklem na szlak latarni morskich, bo o tym przeczytałem w motocyklowej gazecie. Właśnie taki artykuł sprawił, że zapoznałem się z historią Polskich Latarni Morskich, a potem je dotknąłem.

2

4

5

RE Camera

Wszystko było profesjonalnie przygotowane. Piter i najlepszy grafik jakiego znam – Albert Jackowski, przygotowali baner, oraz małe oflagowanie naszych rowerów.

Po niezwykłym pożegnaniu wsiedliśmy do pociągu i wyprawa stała się faktem.

Aby uczcić tę pełną emocji chwilę, otworzyliśmy wino ‚bezalkoholowe’ ;-)
W tym momencie zauważyliśmy brak podstawowego wyposażenia – KORKOCIĄGU. Oczywiście miałem surwiwal kit, z którego mogłem spokojnie skompletować brakujący element bagażu, ale z pomocą nadeszli dwaj rowerzyści, zmierzający razem z nami do Świnoujścia.

6

RE Camera

Było późno. Powinniśmy spać. Ale jak spać kiedy człowieka radość roznosi od środka?

W końcu rozsądek wygrał i siłą zmusiliśmy się do złapania choćby chwili snu.
Dziewczyny okupowały fotele, ja rzuciłem się na glebie obok zapoznanych rowerzystów, przypominając sobie tym samym najlepsze lata spędzone w pociągu. Piter szukał szczęścia na bagażowych kratach, też przypominając sobie najlepsze lata spędzone w pociągu.

11

10

W Szczecinie czekała nas przesiadka do pociągu regionalnego.

13

RE Camera

16

15.jpg

W Świnoujściu ruszyliśmy w drogę. Skierowaliśmy się do latarni nr 1.

17.jpg

Jechałem i przypominałem sobie każdy metr tej drogi. Ożyły wspomnienia sprzed roku.

18

Po odwiedzeniu latarki nr 1, chcieliśmy się przywitać z morzem.
Byliśmy po stronie portowej Świnoujścia, więc nie było fajnego, morskiego klimatu jaki chcieliśmy poczuć. Ruszyliśmy przed siebie oczekując, że po drodze trafi nam się coś lepszego.

W Międzyzdrojach było nawet nieźle, ale to nie było to, czego oczekiwaliśmy jako pierwszy kontakt z morzem.

20.jpg

Ruszyliśmy dalej.

21.jpg

Droga jakoś tak fajnie się układała. Nadal nie mogłem się pozbyć wspomnień sprzed roku. Ale miałem nadzieję, że w końcu zjedziemy z asfaltu i zacznę tworzyć nową historię szlaku latarni morskich.

Nie mogliśmy się doczekać morza. Postanowiliśmy na siłę wbić się do lasu, za którym musiało być morze.
Dotarliśmy do jakiegoś punktu widokowego, który nadal nie był tym fajnym klimatem, ale już przestaliśmy się tym przejmować :-)

19.jpg

Tego dnia dotarliśmy do jeszcze jednej latarni – Kikut.

22

23

24.jpg

To był nasz wspólny pierwszy dzień w drodze.
Uczyliśmy się tej wyprawy, tworząc na kolanie schemat, wg którego chcemy funkcjonować. Póki co, wszystko było żywiołem.

W Dziwnowie zarządziliśmy posiłek. Okazało się przy okazji, że Piter utracił ciśnienie w tylnym kole, więc była i przygoda.

26

25

W końcu doczekaliśmy się żarcia.
Ja skomponowałem sobie zestaw: łosoś z makaronem.
Początkowo właściciel lokalu nie chciał mi wydać takiego posiłku, bo nie miał go w menu. Więc poprosiłem pomidorową z makaronem, ale zupa i makaron w mojej konfiguracji. Młodszy kucharz z otwartym umysłem powiedział, że jest to możliwe i przygotował mi taki posiłek.

28

27

Zapadał wieczór.
Zrobiliśmy zakładaną wstępnie ilość kilometrów i w miejscowości Pobierowo znaleźliśmy fajny kemping.

29

Piter i Lamia mieli namioty tzw. 2 sekundy – rzucasz taki na glebę, a ten w 2 sekundy się rozwija. To było bolesne tak patrzeć jak w jednej chwili mieli gotowy nocleg. Fakt, namiot w wersji złożonej zajmuje tyle miejsca co talerz Polsatu i transport rowerem jest irytujący, ale wieczorem te namioty rządziły.

Po rozpakowaniu i zmyciu z siebie całego dnia, poszliśmy do pobliskiego sklepu zapewnić sobie dobry wieczór.
W sklepie zakupiliśmy czerwone wino i dużą paczkę słonych herbatników. Okazało się, że ten zestaw był strzałem w dychę i nie odstępował nas już do końca wyprawy.
Korkociąg dostaliśmy w prezencie od przemiłych ekspedientek.

30

33

Tak kończył się nasz pierwszy dzień.
Szum morza, ciepły piasek pod stopami, niebo pełne gwiazd, smak wytrawnego wina w ustach i chrzęst krakersów miażdżonych zębami. To wszystko okraszone rowerowymi opowieściami. Nie umiem lepiej oddać słowami tej chwili, ale niewątpliwie była wyjątkowa.

31

32

Dalszy opis wyprawy już wkrótce :-)