rowerowe latarnie morskie – cz. 1 – GENEZA

Nadszedł czas, aby wydobyć z głowy jeden z najbardziej wariackich wypadów rowerowych tego roku.

Żeby była jasność… relacja będzie rodzić się w okropnych bólach, bo generalnie nie mam na nią czasu, ale też nie wyobrażam sobie jej nie pisać, więc będąc pomiędzy młotem, a kowadłem, postaram się przekazać opowieść o słońcu, piasku, morzu, winie, krakersach i przyjaźni. Pisząc tę relację w grudniowe, zimne wieczory, ponownie zanurzę się w wakacyjny czas, co będzie psychiczną deską ratunku… przynajmniej dla mnie.

Jeśli chodzi o tę wyprawę, to pomysł zrodził się ok. rok temu. Właśnie w ponury czas, żeby nie wpuścić do wnętrza jesienno-zimowej depresji, postanowiliśmy w tajnej grupie zaplanować wyprawę. Z góry wiedziałem, że do takiej, zaplanowanej w tym czasie, nigdy nie dojdzie, bo w moim przypadku, odkąd od wielu lat planuję wyprawy, te jesienno-zimowe nigdy nie wypalają. Dopiero marzec, kwiecień są tymi miesiącami tworzącymi realne projekty, nawet jeśli wydają się nierealne.

Przez całą zimę strzelałem pomysłami jak z karabinu – Mongolia, Albania, Irlandia i jeszcze jakieś, których dziś nie pamiętam. Na Albanię nawet przygotowałem mapy tras i zaplanowałem każdy dzień. Pomysł był bardzo ekstremalny, ale bliski mojemu sercu, bo zahaczał o miejsca, do których nie udało mi się dotrzeć, gdy byłem tam samotnie na motocyklu.

W marcu postanowiliśmy, że jednak pojeździmy po Polsce, że będzie to szlak polskich latarni morskich.
Miało to ogromne znaczenie, bo żadne z nas nie dysponowało wystarczającą ilością czasu, aby tułać się po świecie. Nikt z nas nie znał swoich możliwości, to jak zachowa się podczas wielodniowego wysiłku. Większość nigdy nie podróżowała z noclegiem na dziko, nie myła się byle gdzie, lub w ogóle nie miała doświadczenia z nie myciem się przez wiele dni. Pewne wątpliwości miała rozwiać pierwsza wyprawa – test naszych możliwości – zaplanowana do Kazimierza Dolnego, którą już wcześniej opisałem.

KLIKNIJ NA LINK LUB NA ZDJĘCIE >>>>>>>

https://kleyff.wordpress.com/2015/06/19/sakwiarze/

11

Jak się później okazało, Piter – unoszący kolarkę nad głową, stał się kluczową postacią letniej wyprawy.

Pod koniec lipca wyprawa stanęła pod znakiem zapytania.
Witek, z którym obiecywaliśmy sobie tę przygodę od wieeeeelu lat, zmagał się z chorobą, tą która go ścięła podczas wyjazdu do Kazimierza. Do tej pory nie została zdiagnozowana.
Z ogromnej rzeszy towarzyszy z tajnej grupy wyrażających chęć wyjazdu, na placu boju zastały Agata, Karolina i ja. Między dziewczynami powstał jakiś niezidentyfikowany konflikt, który nie bardzo udawało się wyprostować. Totalnie nie  wyobrażałem sobie sytuacji, gdzie wyjeżdżamy jako zespół nie będąc zespołem.

Kiedy byłem na wczasach z rodziną, zwierzyłem się Ukochanej, że z wyprawy rowerowej będą nici i że chyba wdrożę do realizacji plan B, lub C – oba zakładały samotną wyprawę na motocyklu. Ukochana lekko się ucieszyła, bo myśl, że spędzę tydzień z dwiema dziewczynami, rodziła w jej głowie historie, których nie chciała przeżyć.
Kiedy przemeblowałem myślenie, planując motocyklową przygodę, zadzwonił telefon…

– ojciec… jadę a Wami!!! Nie wiem jak to się stało, ale mam możliwość pojechania… wziąłem już wszystkie graty od Witka – to był właśnie Piter.

Piotrek jest reaktorem atomowym, tworzącym niewyobrażalną ilość pozytywnej energii. Nawet jak się wkurza, to jest fajnie niemniej, był ostatnią osobą, której spodziewałbym się na tej wyprawie. Z wielu powodów nie wykazywał chęci wzięcia udziału w czymś takim. Kiedy zadzwonił do mnie, usłyszałem w telefonie ogromny entuzjazm. Energia, którą jak zwykle emitował, rozwiała ciemne chmury wiszące na tą wyprawą.
To właśnie Piter stał się spoiwem tej grupy i dzięki niemu ta wyprawa doszła do skutku.

Ale o tym, już w następnym odcinku, który nie wiem kiedy powstanie… no dobra… wkrótce już powstanie :-)