liznąć Ponidzie też jest fajnie

Życie mnie dopadło. Czyhało na mój tyłek od dawna, więc ucieczka z góry była skazana na niepowodzenie.
Teraz, rzeczywistość będzie ucztować. Skończył się dla niej wielki post.
Na szczęście w głowie jest ogromna ilość wspomnień i kupa relacji do napisania. Kiedy będzie byle jak, po prostu usiądę przed klawiaturą (jak teraz to robię) i zanurzając się w przeżyte przygody, sukcesywnie przeleję je na strony blogusia.

Całkiem niedawno musiałem załatwić coś zawodowego w terenie. Miałem do przejechania ok. 100 km.
Przekraczając próg garażu, jak zwykle mocno dał o sobie znać rower. Ale usłyszałem też bardzo cichy pisk motocykla.
Szerszeń nie był nachalny… nigdy nie jest i może dlatego zrobiło mi się go żal. W tym roku motocykl został zepchnięty na drugi plan. Nie przeżyliśmy żadnej spektakularnej wyprawy. Jeśli już razem gdzieś ‚lataliśmy’, to wszystko odbywało się wokół komina.

Mocno walcząc ze sobą, odepchnąłem myśli o rowerowej wyprawie i odkopując spod sterty ubrać Szerszenia, wyciągnąłem go przed garaż.
Z odpaleniem był delikatny problem, którego się nawet spodziewałem.
Początkowo Szerszi ospale budził się do życia. Przez moment myślałem, że się obraził, ale fochy nam obu szybko mijają i kilka sekund później, silnik wydał słodki takt motocyklowej muzyki.

Plan wyprawy był prosty.
Wyjazd do Staszowa i z powrotem do domu.
Pogoda dopasowała się perfekcyjnie.

Trasa do Staszowa jest zaraz po górach świętokrzyskich chyba najfajniejszym motocyklowym szlakiem. Droga prowadzi przez las i nie jest zatłoczona.
Tuż przed Staszowem jest zalew Chańcza.
Czasem lubię się tam zatrzymać i popatrzeć na wodę.

300

301

Postanowiłem, że tak od razu, to nie wrócę do domu. Motocykl, słonko i bliskie sąsiedztwo Ponidzia, wytyczyły w mojej głowie nowy szlak.
Załatwiłem sprawy, które byłem zobowiązany załatwić i potoczyłem się w kierunku krainy, której kompletnie jeszcze nie dotknąłem, a do której przymierzam się od bardzo dawna.
Wiedziałem, że na jakieś wielkie zwiedzanie Ponidzia to nie miałem czasu, ale chciałem chociaż liznąć ten rejon, przede wszystkim, zobaczyć najbardziej kultowe miejsce, które fotograficy – mistrzowie krajobrazu, mają w swoim dorobku jako konieczność.

Byłem zachwycony jazdą.
Puste drogi i niezwykłe krajobrazy rozwalały mnie od środka. Jechałem i zjadałem kilometr za kilometrem, delektując się wszystkim: wytęsknionym dźwiękiem motocykla, obrazami i ZAPACHAMI.

302

W końcu dojechałem do mojego celu.
Podczas jazdy zastanawiałem się, czy to miejsce w ogóle istnieje. Wydaje się ono, jakby pochodziło z jakieś bajki… takie nierealne. Na szczęście istnieje.
Oczywiście nie zabrałem ze sobą aparatu, więc strzał wykonałem telefonem.

303

Poniżej sfotografowałem to miejsce trochę szerzej.

304

Wchłaniałem krajobraz.
Niewiele myśli przeszywało moją głowę. Po prostu byłem i patrzyłem.

Niestety, musiałem przerwać tę sielankę.
Wiem, że w ogóle nie znam tego miejsca, że jest zachwycające i że wrócę na Ponidzie. Nie wiem w jakiej formie. Pewnie w każdej możliwej.

305

Na pożegnanie Ponidzie poczęstowało mnie takim obrazkiem i zaprosiło, abym wpadł nie ociągając się zbyt długo.

306