przygód kilka piotrusia świrka

Całe to moje rowerowanie ogranicza się do utrzymania formy, którą pieczołowicie zbudowałem w tym sezonie. Jest to dla mnie ważne, bo dzięki temu, planuję trasy nie po 30, czy 40 km, lecz sięgające ponad 100 km. To pozwala mi cieszyć się przygodą przez duże „P”.
W tym wszystkim popadłem w głębokie uzależnienie od obrazów, zapachów i dźwięków, które towarzyszą wszelkim wyprawom.

Informacja początkowa:
Zdjęcia robiłem komórką, więc jakość może nie powalać. Po kliknięciu na zdjęcia, niektóre wyświetlą się w dużym formacie.

Utrzymanie formy realizuję poprzez systematyczne treningi (głównie na rowerze), które są z reguły nudne. Żeby urozmaicić potrzebę zjadanych kilometrów, wybieram się rowerem w miejsca, w których nie bywam często, lub wcale.

Pierwszy opis ‚wyprawki’ jest dla mnie bardzo istotny, bo tworzy nowe pokolenie.
Tego dnia nie nabiłem ogromnej ilości kilometrów, ale za to nabił je ktoś niewielki ciałem i ogromny sercem do rowerowania.

403

Natasza już od dawna wypisała się z fotelika na rzecz 16 cali.
Podoba mi się jej upór i niczym uzasadniona miłość do roweru. Ciągle o nim mówi. Nawet ja taki nie jestem.
Podczas tej wyprawy nie chciałem masakrować jej kilometrami, bo ma dopiero 5,5 roku. Niemniej, już wiem, że 15 km to jest zbyt krótko. Na przyszły rok Młoda wskoczy na 20 cali i trzydziestokilometrową trasę.

402

401

404

W międzyczasie dotarli do nas dwa Piotrki.

409

408

Dalej bawiliśmy się wspólnie :-)

406

405

410

407

WYPRAWKA Nr 2

To było delikatne zerwanie się z łańcucha.
Nie przestanę pisać o tym, że jeśli pojawia się jakaś okazja by zrobić coś fajnego, to trzeba z niej bezwzględnie korzystać, bo może stać się tak, że okazja już nigdy się nie pojawi. I nie wolno za to przepraszać!!!

To była końcówka września.
Dzień był cholernie ciężki, a nawet depresyjny – niejedyny miałem podobne odczucie. Niby nic się nie działo szczególnego. Słonko świeciło jak ta lala, ale w powietrzu wisiało jakieś cholerstwo, które skutecznie wysysało radość.
Wziąłem rower i ruszyłem przed siebie… bez celu… byle do przodu… i żeby był las i woda.

TRASA

KLIKNIJ NA MAPĘ >>>

621

105

100

101

102

103

WYPRAWKA Nr 3

Innym wypadem treningowym był desant w okolice Chęcin.
Lubię ten rejon, bo mam rzadką okazję tam się poszwendać, więc ciągle stanowi dla mnie tajemnicę.

TRASA

KLIKNIJ NA MAPĘ >>>

622

To był słoneczny piątek.
Udało mi się ukończyć wcześniej wszelkie obowiązki i wytworzyła się luka czasowa, w którą idealnie wpasowała się dawno zaplanowana traska.
W okolicach Chęcin władze prowadzą nieudolne walki z barszczem Sosnowskiego – zdjęcie poniżej wykonałem kilka tygodni wcześniej, podczas innego wypadu, którego już nie opisywałem, bo bym nic nie robił, tylko relki pisał zamiast jeździć :-)

104

Dalej, skierowałem się na czerwony szlak, by wdrapać się na Zalejową.

Na tej gorze byłem raz, osiem lat temu.
W tej chwili, szczyt jest porośnięty gęstymi cierniami. To, że rower trzeba wnosić na plecach nie jest utrudnieniem, ale te cholerne krzaki były ogromnie wnerwiające… masakra!!!

Zapłatą za wysiłek są piękne widoki.

200

Nie chciałem wracać przez cierniowy szlak, więc obrałem kierunek zachodni, wcale nie mnie cierniowy.
Rower służył jako plecak, żeby łatwo nie było.

208

Krzaki i kabury, to zapamiętałem z tej cholernej góry

209

201

Na szczęście krzaczory szybko się kończą i można zjechać fajną ścieżką po samiutkim klifie. W jednym miejscu zjechałem bardzo ostroznie, bo nie należę do odważnych, lub głupich – nigdy nie wiem, gdzie kończy się odwaga, a zaczyna głupota.

202

Troszkę lansu w słonku :-)

203

Szczerze powiem, że planując tę trasę, rysowałem ją w ciemno.
Okazało się, że jadąc, z kilometra na kilometr stawało się piękniej. Stare kopalnie i nowe.

204

206

Pustka. Fizycznie byłem sam na szlaku. Duchowo, wiadomo… :-)
To pozwala poukładać na nowo życiowe klocki.

205

207

To tyle z krótkich wypadów, podtrzymujących formę fizyczną i duchową.

Na koniec kapliczka tej wyprawy

210