czerwona krecha – FULL

Jest takie powiedzenie wśród podróżników: jeśli masz okazję coś zrobić, co jest konieczne, wskazane, piękne, fajne, czy zwariowane, to zrób to!
Sterta relacji czeka do napisania, ale ciągle nie mam na to czasu. Ciągle są możliwości zbierania mocnych wrażeń, z której to czynności nie wolno rezygnować.

W zeszłym tygodniu, udało mi się pokonać na rowerze czerwony szlak im. Edmunda Massalskiego.
Jest to pieszy szlak i ciągnie się on przez najpiękniejsze rejony gór świętokrzyskich, zahaczając o najwyższe szczyty gór tego obszaru.
Trasa ma długość ok. 100 km i przewyższeń 2500 m.

Kiedy wiele lat temu, po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że taki szlak jest w zasięgu zwykłej przygody, stał się on moim wysoko postawionym marzeniem żeby go prze… yyy.. przejść, przejechać… przebyć.

W obecnej chwili jestem w najlepszej formie, jaką kiedykolwiek posiadałem w życiu. Jestem po wielu rowerowych wyprawach, które pozwoliły mi podjąć decyzję o przejechaniu tego szlaku właśnie na rowerze.

Przygodę rozpoczęliśmy na punkcie startu w Kuźniakach, już o 6:00 rano. Założyliśmy wspólnie (ja, Wojtek z którym zrobiłem fragment czerwonej krechy w zeszłym sezonie, Albert, Sebastian, Karol i Igor), że dwanaście godzin w zupełności wystarcza, żeby przejechać szlak bezproblemowo.

1

Pierwsze kilometry rozpoczęły się podjazdem pod Perzową Górę, a potem, aż do końca, było z góry i pod górę.
Śmialiśmy się w Wojtkiem, że ten szlak jest cholernie złośliwy. Gdy następowało rozwidlenie drogi i jedna odnoga prowadziła w dół, a druga pod górę, to czerwony szlak zawsze prowadził pod górę. Bywały niespodzianki, ale trwały zbyt krótko.
Cały ten szlak składa się z przepięknych widoków i urokliwych zakątków. Towarzyszy temu las z całym pakietem radości i spokoju.
Jazda na rowerze po nim nie jest łatwa, a dodatkowo utrudniają ją właściciele szlaku, wykonując poprzeczne przekopy, żeby wyeliminować rowerowe zapędy. Dla mnie przekopy stanowiły urozmaicenie, które fajnie się przeskakiwało :-)

Poniżej wklejam kilka strzałów z trasy.

2

W okolicach Miedzianej Góry, dwóch członków wyprawy (Karol i Igor), postanowili mocniej przycisnąć na pedały. Oni mieli inny cel przejechania tego szlaku. Chcieli doświadczyć go mocniej w mięśniach.
My skupiliśmy się na zjadaniu tej trasy kilometr, po kilometrze i cieszeniu się każdym detalem.

3

4

4_1

29

6

11

13

Na punkcie widokowym w m. Sieniów, napotkałem wlepkę naszych, tajnych szosowych towarzyszy. Uzupełniłem przestrzeń publiczną kolejnym rowerowo-artystycznym akcentem :-)

12

7

8

9

25

28

16

Niestety, na wyprawę nie brałem aparatu z obawy przed glebą, w której mógłbym utracić sprzęt. Posiłkowałem się aparatem wbudowanym w telefon, więc jakość zdjęć jest marna.
Wielką stratę odnotował Sebastian, który w wyniku dwóch poważnych upadków stracił telefon wart kilka patysi :-(

10

27

Opadłe morale Sebastiana, wcześniej pobyt w szpitalu, słabe rozjeżdżenie w tym sezonie  i doskwierający ból spowodowany upadkami, zakończyły jego przygodę w Świętej Katarzynie.
Poza tym, jechaliśmy w temperaturze ponad 30 st. C. Stwierdziliśmy o godzinie 14:00, że ja, Wojtek i Albert mieliśmy w organizmie już ok. 4 L płynów. Sebastian, gdzieś zaniedbał po drodze sprawę i ze sporymi oznakami odwodnienia dotarł do Świętej Katarzyny.

Zjedliśmy wspólny posiłek pożegnalny i bez Sebastiana kontynuowaliśmy przygodę.

14

15

Wejście na Łysicę to kilometrowy spacer z rowerem na plecach. Z Wojtkiem przerabialiśmy tę górę rok wcześniej, więc wiedzieliśmy czego się spodziewać.

17

Czasem był moment na relaks.

19

Na Łysej Górze (Święty Krzyż), odnotowaliśmy dwie awarie.
Ja na tylnym kole miałem kapcia, a Albertowi rozsypało się kolano.

18

To był dla Alberta koniec wyprawy. Z naszej trójki Albert dysponował największym zapasem sił, ale pokonała go kontuzja, na którą nie miał żadnego wpływu :-(
W tym miejscu dopadło mnie chwilowe zwątpienie.
Rozwalone kolano Alberta, u mnie kapeć. Zapasowa, nowa dętka miała defekt nie do naprawienia. Na szczęście, udało się załatać tę przebitą. Dodatkowo zapadał zmierzch. Wszystko szło nie tak.
Gdy tak sobie powątpiewałem, Wojtek okazał się cholernym wsparciem. To on nie chciał się poddać i dodał mi ogromnego wsparcia.
Do końca zostało nam 25km. Gdy wsiadałem na rower, z jakiegoś powodu nabiło mi tyle energii, że poczułem się jakbym dopiero rozpoczął wyprawę.

Niemniej, popełniliśmy dwa błędy.
Obaj mieliśmy resztki płynów z pojemnikach. Na Łysej Górze powinniśmy nalać choćby kranówkę, ale liczyliśmy po cichu, że zakupimy coś po drodze… nie zakupiliśmy. Poza tym, mieliśmy w sobie 5,5 L wlanych w siebie napojów. Trochę odważnie uznaliśmy, że nam to wystarczy do końca.
Kolejny, potężny błąd, to perspektywa zbliżającej się nocy, a my nie zabraliśmy od Alberta lampki dla Wojtka. Przemierzając Park Jeleniowski jechaliśmy w zupełnych ciemnościach. Co prawda była tej nocy pełnia księżyca, ale nie wystarczała do bezpiecznej jazdy na rowerze.
Najpierw jechałem ja pierwszy, a Wojtek na pamięć po moim śladzie. Zaliczył dwie gleby, i raz przeleciał prze kierownicę. Pułapkami okazały się wielkie kamienie ukryte w trawie.
Potem Wojtek jechał przede mną, ale jego cień zasłaniał przeszkody i wcale nie było lepiej.
Wyprawa stała się niebezpieczna. Postanowiliśmy końcówkę szlaku przejechać asfaltem.

20

Niezwykła przygoda. Wiem, że wrócę na ten szlak i już szykuje się mocna ekipa, aby wspólnie pokonać Czerwoną Krechę.

Trochę statystyk:
Tego dnia pokonałem ok. 104 km.

21

wchłonąłem:
4,5 L Ice Tea,
2 L wody,
0,5 L pepsi
0,5 L green tea
0,5 L piwo.

Zjadłem ryż rano, w drodze ryż z cebulą i kiełbasą, dwa snickersy, trzy bułki z wędliną, 5 bananów i byłem głodny jak wilk :-)

22

Przed wyprawą ważyłem 84,5 kg, a dzień po 81,8 kg :-)

Na koniec trasa…

KLIKNIJ NA MAPĘ >>>

23

i krzyż w skalnej kaplicy św. Rozalii

24