sakwiarze

Wychodzę na prostą.
Ciągle nie mam odpowiedniej ilości czasu by pisać, ale w tym całym pędzie trzeba się zatrzymać i przelać myśli i przygody, które przykrywa natłok nowych zdarzeń.

Pod koniec maja wyruszyliśmy zwartą bandą na drogę.

1

Skład od lewej: Karolina, ja, Witek, Piotrek, Paweł i Agata.
Piotrek – ten wariat z kolarką nad głową, nie jest jeszcze podróżnikiem, ale może kiedyś będzie. Pojawił się żeby nas pożegnać. Niezwykle fajny gest.

Na tę przygodę czekaliśmy wiele miesięcy.
Nie było to jeszcze to, na co się szykujemy już od dawna. Ta wyprawa była testem naszych umiejętności, możliwości i sprzętu. Plany są bardziej ambitne.
Test zakładał przejazd do Kazimierza Dolnego i powrót do domu. Odcinek ponad 260km w dwa dni.

2

3

Po drodze dopadł nas jeszcze Grzegorz.
Niesamowite jest to, że fizycznie jechaliśmy w piątkę, lecz duchem było nas jeszcze 60 osób. Wszystko za sprawą stałej łączności z resztą towarzystwa z tajnej grupy rowerowej.

Pierwszy postój zarządziliśmy w Suchedniowie. Jest tam zalew, cisza… przyjemne miejsce na konsumpcję.

4

5

Droga była banalna… z góry, z wiatrem – marzenie.

6

8

11

10

7

9

Na 80 km Wiktor dawał oznaki kiepskiego samopoczucia. Już jak wyjeżdżał nie było rewelacyjnie, ale czasem tak jest, że rowerowanie przepędza złe samopoczucie, choroby i inne cholerstwa, które przyczepią się do człowieka.

12

Przejechaliśmy wspólnie z Wiktorem zbyt dużo kilometrów, żebyśmy się wszyscy nie zorientowali, kiedy Witek cieszy się jazdą, a kiedy udaje, że jazda na rowerze daje mu radość.

W Ciepielowie (na 99km) było wiadomo, że Witek dalej nie pojedzie.

15

Prosto z Ciepielowa, półprzytomny  Witek pojechał do szpitala :-(

My uzupełniliśmy braki w organizmie i pojechaliśmy  w stronę Kazimierza.

13

14

Droga układała nam się bajkowo… ciągle z góry, ciągle z wiatrem.

23

22

16

17

18

26

Często się zatrzymywaliśmy, bo było fajnie, pięknie, czy śmiesznie.
Dla naszych tajnych przyjaciół zrobiliśmy widokówkę – rowerowanie i cyckowanie :-)

19

Na tym odcinku pękła moja pierwsza życiowa seta.

20

21

W Janówcu, na przystani promowej dowiedzieliśmy się, że nie przedostaniemy się do Kazimierza … no chyba, że przez most w Puławach. Zbyt wysoki stan Wisły uziemił prom na kilka dni.
Postanowiliśmy zostać w Janowcu. Kazimierz Dolny nie był naszym twardym celem.
Pewien lokales, który był farbowanym lokalesem z Warszawy, opowiedział nam o super miejscówce na nocleg pod namiotem. Postąpiliśmy wbrew zasadom noclegowania na dziko i posłuchaliśmy rad napotkanego dobrodzieja.
Oczywiście wskazane miejsce okazało się strzałem w dychę. Spokojne, z piękną panoramą na Mięćmierz, z przygotowanym paleniskiem… czego chcieć więcej?

24

27

25

Słabo przespałem noc. To za sprawą wyjścia z wprawy jeśli chodzi o rozbijanie namiotu. Rozbiłem namiot na minimalnym pochyleniu terenu, które było niewidoczne, ale na tyle znaczące, że przez całą noc budziłem się co chwila i wspinałem z powrotem do poduszki. Zawsze tak mam w podróży. Potem już jestem mądry, ale pierwszy nocleg należy do nieudanych. Przyjemnym wspomnieniem darzę korsarze pospolite z rodziny pajęczaków, których nie brakowało na mojej moskitierze. Lubię je, bo przypominają mi zeszłoroczną podróż szlakiem latarni morskich.

Poranek był niesamowity. Cisza złamana śpiewem ptaków, no i ta panorama na jedno z ukochanych moich miejsc – Mięćmierz. Wiedziałem, że tam nie dotrzemy, ale nie miało to znaczenia, bo i tak było perfekcyjnie.

Podczas pakowania odwiedził nas ów lokales, który nam wskazał dzień wcześniej miejsce naszego noclegu. Wpadł zobaczyć, czy przetrwaliśmy noc.

28

Fajny gość. Czuć było, że jego pochodzenie jest lekko arystokratyczne. No i ten jego lęk przed kleszczami. Kiedy pokazałem mu jednego, wbitego w moje ramię, nagle uświadomił sobie, że las, w którym przez lata spokojnie spacerował skrywa tak ogromne niebezpieczeństwo :-)

Pakowanie przebiegło stosunkowo sprawnie.
Mój rower pozbawiony jest oryginalnej podpórki, ale nieoryginalnych podpórek w Polsce jest bez liku :-)

29

Śniadanie w Janowcu.

30

Postanowiliśmy, ze wracamy tą drogą, którą dzień wcześniej jechaliśmy. Wysoki stan Wisły popsuł nasze plany, ale nie popsuł naszych humorów.

35

34

Nadal nam się nie spieszyło.
Droga była trudniejsza, bo pod górę i pod wiatr. Czułem że jedzie mi się ciężko, choć moi towarzysze kręcili jakby obowiązywały ich inne prawa fizyki. Agata i Paweł no i inni wariaci z tajnej grupy, stówki robią średnio co dwa tygodnie lub częściej. Karolina, też właściwie każdy dzień spędza ma rowerowym siodle. Efekty było widać. Był moment, że nagle dostałem potężną ilości energii i dogoniłem towarzystwo, a nawet pokręciłem mocniej, ale wtedy wypadła przerwa obiadowa i energia poszła w las.

W Iłży zjedliśmy porządną pizzę i uzupełniliśmy płyny.

Zdjęcie poniższe ukazuje nasze przerwy. Siadaliśmy i łapaliśmy się za telefony. Mogłoby się wydawać, że to jakaś żenadą, ale fakt był taki, że w czasie drogi mieliśmy siebie cały czas, więc  rozmowy płynęły nieustająco. W przerwach w kręceniu kilometrów, przekazywaliśmy naszym tajnym towarzyszom informacje z tego co dzieje się na trasie.

36

37

Dalsza część wycieczki, to mocne kręcenie w kierunku domu.

Wnioski:
– jazda rowerem kilka dni pod rząd, po ponad 100 km, jest możliwa, ale optymalna wydaje się 60-80 km, na pewno nie więcej niż 100, chyba że trasa jest banalnie łatwa. Lubię jak jest czas na delikatne ociąganie się.
– sprzęt, który wspólnie sobie zorganizowaliśmy, był wynikiem wielu doświadczeń nabytych przez zacnych podróżników.

W drodze miałem kłopot ze śrubką, która odkręciła się na leśnych wertepach, ale w Iłży dokupiłem jeszcze po 10 szt. tych co zgubiłem i tych co mogłem zgubić.

Jeśli chodzi o załogę, to wydaje się, że jesteśmy tak samo zakręceni. Kompletnie nie mieliśmy problemów ze wspólną komunikacją. Zresztą, trochę się już znamy i niejedno wspólnie przeżyliśmy :-)
Szkoda, że nasz herbatnik Witek się wykruszył, ale to też coś pokazało o grupie. Wszyscy zgodnie mieliśmy daleko gdzieś to, czy osiągniemy założony cel, czy nie.

Na koniec wklejam kapliczkę i traskę przebytą pierwszego dnia. Drugiego była podobna, tylko że odwrotna :-)

KLIKNIJ NA MAPĘ >>>

39

Kapliczka była zainstalowana w miejscu naszego noclegu. Przymocowali ją do drzewa glajciarze, którzy stamtąd startują do lotu.

38