puszcza kozienicka

Plan tej wyprawy utworzyłem dosłownie na kolanie. W piątkowy wieczór dowiedziałem się, że w sobotę wyląduję w Radomiu i pojawiła się możliwość spędzenia tego dnia na rowerowym siodle.
Otworzyłem mapę GOOGLE w taki sposób, aby widzieć obszar o promieniu 100 km wkoło Radomia.
Za cel swojej przygody wybrałem ciemnozielone plamy, które symbolizowały las. Był to akurat Kozienicki Park Krajobrazowy.
Kliknąłem na dowolnie występujące 5 punktów, mieszczących się centralnie na zielonej plamie i zadałem aplikacji połączenie tych punktów, z narzuceniem, że będzie to wycieczka piesza, czyli drogi o różnej jakości.
Nie miałem pojęcia, którędy poprowadził mnie komputer. Nie zastanawiałem się czy nie ominę jakiejś atrakcji ‚must see’. Założyłem, że wyprawa będzie super niespodzianką, albo totalną nudą. Niemniej, trasa prowadziła przez las, więc o nudzie nie było mowy.

Pierwszy etap podróży zakładał desant pociągiem kolejowym na wschód (mój ulubiony kierunek).
Miło zaskoczony zostałem przy okienku kasowym radomskiego dworca PKP, kiedy urzędująca pani powiedziała, że mój rower, wycieczkę koleją zaliczy za darmo. W Kielcach taka przyjemność kosztuje 7 PLN i nie jest ważne, czy jedziesz 2km, czy 100km.
Koleje Mazowieckie wyszły rowerzystom naprzeciw… BRAWO!!!

1

Jazda pociągiem bardzo dobrze mi się kojarzy. Swój najlepszy czas życia spędziłem w pociągach, więc w kolejowych wagonach wspomnień nazbieranych pełną czapkę.

2

3

Zanim rozpocząłem przygodę miałem spory dylemat.
Nad ranem, tuż przed wyprawą śnił mi się pies, który zmuszony przez właściciela miał mnie pogryźć. To był owczarek niemiecki. Pamiętam, że byłem wciśnięty w jakąś drewnianą skrzynię, w której broniłem się nogami. Miałem przy sobie nóż, ale pies nie był na tyle agresywny, abym musiał korzystać z ostrej pomocy.
Po obudzeniu, dodatkowe lęki wywołała moja ukochana, która opowiadała mi o swoich złych przeczuciach, że nie powinienem sam zapuszczać się w las, którego nie znam itd.
Miałem już w swoim życiu dwie takie sytuacje: kiedy jechałem motocyklem w samotną podróż do Albanii i rok temu na północną ścianę Polski. To był krzyk wszystkiego co mnie otaczało, żebym sięgnął po zdrowy rozsądek i został na tyłku w domu. Lecz, gdy patrzyłem na swoją smutną duszę, która bezwzględnie chciała do świata, że jej obiecywałem tę przygodę, że wycofując się udowodnię trumf strachu, czułem się jakbym przegrał życie. Z pomocą w takich chwilach przychodzi nadzieja, która podsuwa modlitwę rozpędzającą wszystkie złe przygody jakie miały mnie spotkać na szlaku.

Wtedy ruszam na przód, w nieznane, starając się myśleć pozytywnie, zostawiając troski za sobą.

Pierwsze kilometry dawały zajawkę tego co mnie czekało.
Zapach lasu, muzyka, którą na bieżąco komponował las. Tego nie da się porównać z czymkolwiek. Dla takich chwil, warto żyć!

4

5

6

W miejscowości Molendy pewien napotkany plakat chwilowo podciął mi skrzydła.

7

Ale szybko wykonałem wietrzenie głowy i czarne chmury znikły tak szybko, jak się pojawiły.

W tej miejscowości natknąłem się na stary cmentarz, który postanowiłem odwiedzić.

8

9

10

W kolejnej części puszczy moja spontaniczna trasa poprowadziła mnie do Królewskich Źródeł, które wg legendy zaspokoiły pragnienie króla Władysława Jagiełły.
Nie było jakiejś konkretnej tabliczki, że woda nadaje się do spożycia, więc ufając intuicji zaspokoiłem i swoje pragnienie.

11

Jeśli chodzi o Królewskie Źródła to mieszczą się one w rezerwacie przyrody.
Miejsce perfekcyjnie przygotowane pod turystykę rodzinną.

12

13

Fajne miejsce, aby zapoznać się w tamtejszą przyrodą i przy okazji zjeść posiłek w przepięknych okolicznościach.

14

15

16

Tuż za bramą wjazdową, tamtejsze władze zorganizowały miejsce na rodzinne pikniki.

17

Kiedy pakowałem się na tę wyprawę, czułem, że napotkam na swej drodze miejsce z ogniskiem. Niestety, w ramach redukcji masy bagażu usunąłem ze swej listy kiełbasę, toteż na miejscu musiałem improwizować.

18

19

W lasach udało mi się dotrzeć do jakichś bagnisk, raczej nie stanowiących części rezerwatu, ale też były fajne.

20

W miejscowości Karpówka miałem już dość słodyczy. Chciałem w jakiś sposób przełamać ten smak czymś, co nie posiada w składzie cukru. Wszedłem do sklepu z nastawieniem, że kupię banana, jakąś wodę.
Wiejski sklepik był wypełniałniony przez mieszkańców Karpówki. Niezwykle mili ludzie. Przestępując próg sklepiku z miejsca stałem się atrakcją i przełamaniem sobotniej nudy.

21

Rozmowa skupiła się na tym skąd się tu wziąłem i dokąd zmierzam.
Zamiast wody i bananów zakupiłem piwo. Miejscowy degustator zaproponował mi zakup TATRY. Kosztuje 2PLN i można wygrać kolejną. Spakowałem polecaną TATRĘ, zrobiliśmy sobie pamiątkowe foto i pognałem w wyznaczonym przez komputer kierunku.

Nad zalewem Siczki zarządziłem dłuższy postój. Siedziałem i nie myślałem o czymkolwiek. Pozwoliłem na to, żeby czas tak po prostu bezczelnie sobie płynął.

22

23

Kiedy kierowałem się w stronę domu spotkałem chłopaków, którzy sami skonstruowali wyciągarkę do uprawiania wakeboardingu.

24

Wyglądało to wszystko całkiem nieźle, ale silnik okazał się zbyt słaby i sprzęgło, które spaliło się w kilka sekund… no cóż… pierwsze koty za płoty.

Dalsza przygoda to nudy spędzone na polnych drogach.

Trasa, którą przygotował mi komputer była niesamowita. Puszcza ze swoim zapachem i dźwiękami była tak bardzo wystarczająca, że wszystko co mnie spotkało na drodze było bogatym bonusem.
Szlak przebiegał po nieczynnych drogach leśnych, starym torowisku kolejowym. Były fragmenty nowych dróg leśnych, ale nie miałem ich na mapie i ciężko było ocenić dokąd prowadzą, więc ostro trzymałem się komputerowego planu.

Bywało, że miałem wybór: przejścia przez potężną ciapę, albo zalaną łąkę, więc wybierałem pewny grunt zalany wodą.

25

Poniżej wrzucam kilka strzałów z podróży, mapę i kapliczkę tej wyprawy.

30

29

31

27

32

33

26

Mapka i kapliczka tego wypadu.

KLIKNIJ NA MAPĘ >>>

34

35