odczuciowa szuflandia

Czasem lubię wylądować gdzieś.
Lubię, gdy to lądowanie ma sens, gdy buduje mnie wewnętrznie. Potem to miejsce staje się moje. Zostawiam w nim kawałek siebie, który czasem odwiedzam gdy zbytnio się za nim stęsknię.
Trochę to przypomina czytanie tych samych książek, lub oglądanie obejrzanych kilka razy filmów, ale tylko tych, które ubierają mnie za każdym razem w odpowiednie emocje. Tak też jest z miejscami.
Niemniej, nigdy nie ograniczam się do tych samych odczuć, bo za rogiem czekają kolejne, inne, dobre i złe. Odszukuję je i wkładam do odpowiednich szuflad. Czy powinno się tak robić? Czy można szufladkować odczucia? A może to grzech?
Moja ‚odczuciowa szuflandia’  rozrasta się, kryjąc w swych szufladach skarby, po które sięgam gdy zachodzi taka potrzeba.

W poprzednim tygodniu wylądowałem w Rabce Zrdój. Nie byłem wcześniej w tym miejscu, więc postanowiliśmy się wzajemnie poznać. Miałem przeznaczone 3 godziny na to niezobowiązujące spotkanie.
Pomyślałem, że wyprawa rowerowa na górę Turbacz (40 km +1100 mnpm) będzie tolerowaną namiastką.

Od początku wszystko się komplikowało. Z Rabki ruszyłem dwie godziny później niż planowałem.

Pierwsze informacje o wzniesieniach dawały zajawkę tego, co mnie czekało. Dla zainteresowanych napiszę, że wzniesienie 20% jest odpowiednikiem 20cm wzniesienia na 1m długości odcinka drogowego.

300

Trasa dawała mi w kość. Cieszyłem się, że treningi uphillu właśnie zaowocowały.

Przy drodze krajowej Nr 7 zjechałem na niebieski szlak. Nie był to mój plan, ale od wielu godzin przestał on obowiązywać, więc na bieżąco tworzyłem nowy.

Początkowo, natura obchodziła się ze mną łaskawie.
Były piękne drogi…

301

miałem możliwość podziwiania budzącej się przyrody…

302

303

To była bajka, która stosunkowo szybko się skończyła.
Powoli przestępowałem progi leniwie odchodzącej zimy.

304

Przyznam się, że jestem człowiekiem pozytywnie myślącym, więc wkraczałem w zimowy klimat coraz dalej, mając nadzieję, że zasypana śniegiem kraina zaraz się skończy, że to są pewnie zacienione miejsca, z których nie zdążył wytopić się śnieg. Faktycznie były momenty, które potwierdzały moją teorię. Nawet była możliwość podziwiania widoków w przyjemnie ogrzanych przez słońce miejscach.

305

Pojawiał się naprawdę fajny zakątek. Jakoś tak skojarzył mi się ze startymi, radzieckimi filmami.

306

Na 17 km miałem możliwość zjechać ze szlaku i poszukania rowerowej przygody w innym miejscu. Z analizy GPS wynikało, że na Turbacz miałem niecałe 8 km. Czasowo wyglądało tak, że pokonanie tego odcinka i powrót powinien zająć godzinę… że w górę będzie ciężko, ale zjazd wykonam w mgnieniu oka.
Pierwsze 200m przejechałem z palcem w nosie. Potem, warunki uległy dramatycznej zmianie. Moja średnia prędkość poruszania się spadła do 2 km/godz.

307

Rower nie był czymś co pomagało mi w pokonywaniu wzniesienia, lecz jakąś udręką.

308

Po godzinie, moje założenia mogłem spokojnie zakopać pod grubą warstwą śniegu.
Pozbawiony wszelkich złudzeń parłem do przodu. Kompletnie nie potrafię wytłumaczyć dlaczego. Może dlatego, że szczyt ciągle wydawał się na wyciągnięcie ręki.
Traciłem ogromną ilość czasu i energii, ale pomyślałem, że z powrotem jakoś to odrobię.

309

Dotarłem na Halę Turbacz.
Powinienem w tym miejscu zawrócić. W zasadzie dawno trzeba było tak zrobić. Nie powinienem do tego miejsca nawet dotrzeć.
Przykry jest fakt, że kiedy zapomni się spakować do plecaka zdrowy rozsądek, to człowiek nawet nie wie, że go nie posiada. Parłem dalej…

310

W końcu dotarłem na szczyt Turbacza.

311

312

313

W schronisku na Turbaczu spotkałem fajnego gościa, który opowiedział mi, że przed kilkoma dniami spadło 1m śniegu.

314

Byłem na siebie wkurzony. Powinienem już od dawna być w Rabce. Zamiast tego tkwiłem na jakiejś górce, z wątpliwą perspektywą szybkiego powrotu.
Zjadłem zestaw obiadowy i rozpocząłem powrót.

315

Mimo, że było z górki nadal utrzymywałem średnią prędkość 2 km/godzinę. Bywało, że udało mi się przejechać jakiś odcinek na rowerze, ale w rezultacie kończyło się to totalną porażką.
Na jakimś ostrzejszym zjeździe, pomimo niskiej postawy, wbiłem się w półmetrowy śnieg i przeleciałem przez kierownicę.

316

317

Byłem wyczerpany wspinaczką i ciągłą asekuracją podczas zjazdu. Przy tej grubości warstwy mokrego śniegu, rower kompletnie nie reagował na moje potrzeby. Zacząłem popełniać coraz więcej błędów.
Moja psychika wkraczała w rejony, w których nigdy nie była. Czułem zwątpienie. Wszystko było nie tak!

W końcu dotarłem do pewnego podłoża. Cieszyłem się jak dzieciak, tylko że nie miałem już czasu na to, ani sił.
Niemniej, zaczął się zjazd.
Jakimś cudem odzyskałem siłę… a może zaczęły pracować inne partie mięśniowe. Jakkolwiek było, mknąłem w dół i dawało mi to radochę.

W resztkach dnia podziwiałem krajobrazy.

318

319

Przygoda była przednia.
Walka ze sobą, ze zmęczeniem, z czasem, ukształtowały mnie na nowo. Zostały narysowane nowe granice możliwości w miejscach absolutnie mi nieznanych. Może tak to jest, że każda wyprawa, nawet do sklepu po bułki, wnosi coś w nasze życie i myślenie, tylko że tego nie zauważamy. Musi wydarzyć się coś spektakularnego, jak założenia i plany, które trzeba wyrzucić do śmietnika. To była też lekcja, na której mogłem nauczyć się odpuszczać, rezygnować. Myślałem, że jestem wzorowym uczniem, ale prawda jest taka, że nie jestem. A najgorsze jest to, że wcale nie czuje się z tym źle :-)

Mapka i kapliczka tego wypadu.

KLIKNIJ NA MAPĘ >>>

331

320

321