w poszukiwaniu wiosny

Tytułowa czynność jest bardzo przyjemna.
No bo, skoro poszukuje się wiosny, to musi być ku temu jakaś przyczyna.
Oczywiście jestem nie pierwszej młodości i wiem, że jedna jaskółka wiosny nie czyni. Ale jestem też naiwny i jak zaświeci słońce, no to myślę sobie, że stare przysłowia są głupie i nie mają żadnego zastosowania w dzisiejszych czasach.

W ten łykend słońce paliło jak oszalałe. Dawało przyjemny blask i grzało zziębnięte gnaty przez znaczącą warstwę ubrań.
Za oknem nadal panowała biel, ale szalone słońce wlewało w serce rzekę nadziei.

50

Zanim rozpocząłem  poszukiwania wiosny na dobre (choć absolutnie nie miałem tego w planach), wyjechałem w celach służbowych do Radomia.
Już przed Radomiem czułem się jak oszukany. Wkoło, zamiast bieli, krajobraz opanowały barwy minionej jesieni. Pewnie latem nie chciałbym na to  splunąć, ale w obliczu tego białego cholerstwa, z którego cieszą się jedynie narciarze, była to miła odmiana.
Zjechałem z drogi i zanurzyłem się delikatnie w jakiś skrawek przydrożnego lasu.

51

52

Po wyczołganiu się z puszki napadło mnie przyjemne ciepło płynące z nieba i śpiew ptaków. Nie zdawałem sobie sprawy z nękającego mnie głodu takiej chwili.
Nie miałem dużo czasu na tę radość, ale bezczelnie wydłużyłem go do granic przyzwoitego spóźnienia w umówionym miejscu, w Radomiu.

To tyle z piątkowej przystawki tego, co nas czeka mam nadzieję już niebawem.

W sobotę sytuacja na niebie była bez zmian.
W takich momentach, jeśli nie rozwiązuje się problemu głodu w Afryce, czy wynajduje szczepionkę na raka jąder, należny bezzwłocznie wszystko rzucić i ruszyć w świat. Słońce o tej porze roku to dar, którym jeśli ktoś wzgardzi, to powinien chwilowo smażyć się w piekle.
Ja przynajmniej tak zrobiłem. Wykorzystałem, być może niepowtarzalną w najbliższym czasie okazję, która podreperował moją, spragnioną słońca duszę.
Odstawiłem obowiązki jakie miałem zaplanowane na ten czas i wybrałem się na niezobowiązującą trzydziestkę. Towarzyszył mi Mały (rower 26-er).
Bardzo go lubię. Przeżyłem na nim kupę fajnych przygód. Nigdy mnie nie zawiódł i komfortem powala wszystko, na czym miałem sposobność jeździć.
Trasę zaplanowałem z mocnym akcentem na off. To jedna z tych, którymi lubię jeździć, bo nie ma ludzi, samochodów. Jestem tylko ja i przygoda.

Kiedy bezczelnie upajałem się słońcem, gdzieś w polach napotkałem zestaw mebli wypoczynkowych.

53

Wersalka była w stanie agonalnym, ale skierowany w stronę słońca fotel nie dało się obojętnie minąć.

Nie spieszyłem się. Powoli kierowałem się w stronę domu, nadal szukając pretekstu do podejmowania niewłaściwych decyzji na rozwidleniach dróg.

Postanowiłem zajrzeć na kultowe miejsce grupy RiC.

54

W sumie, miałem cichą nadzieję, że spotkam jakąś bratnią duszę i być może wspólnie rowerując odnajdziemy ślady nadchodzącej wiosny. Nic takiego się nie stało. Ale za to zadzwonił najmłodszy szwagier i powiedział, że jest skład chętny do niedzielnego wypadu rowerowego w okolicach Sandomierza. I to był dobry koniec dnia.

Nazajutrz, z samego rana, samochód wypakowałem rodziną, a na dachu zamontowałem dużego (rower 29-er).
Towarzyszące słońce zapowiadało niezwykły dzień.
Na miejscu czekał już skład. Okazało się, że zima stanowiła w tym miejscu dawne wspomnienie. Po raz kolejny czułem się jak oszukany.

Poza Grześkiem i Łukaszem, z którymi często się bujam po sandomierskich rewirach, grupę zasilił Paweł i Mariusz. Ci dwaj ostatni, właściwie byli po przeprosinach ze swoimi rowerami. Pod nich ustaliliśmy trasę lekką, taką w okolicach pięćdziesiątki.

55

Niby miało być delikatnie, ale jak pięciu chłopa dorwie się do rowerów, no to grzecznie nie będzie. Sandomierz (20km) osiągnęliśmy w sportowym tempie.

56

57

W Sandomierzu postanowiliśmy, że jedziemy na prom znajdujący się Tarnobrzegu i tam przeprawimy się na przeciwległy brzeg. Taka fajna atrakcja.
Jadąc prawym brzegiem, w górę Wisły, mieliśmy wiatr w plecy. Ja i Mariusz jechaliśmy ok. 35 km/h, a trzech wariatów widziałem z przodu tylko przez chwilę. Musieli mieć grupo powyżej czterdziestki.

W Tarnobrzegu zarządziliśmy przerwę obiadową. Sesja z bananem jest stałym elementem wypraw członków RiC ;-)

60

Wyprawa się kończyła. Jeszcze prom, jeszcze kilka kilometrów i mieliśmy być w domu. Szybko to jakoś wszystko zleciało. Czułem niedosyt, wszyscy czuliśmy. W trasie padała propozycja kolejnej ustawki. Tym razem ma być długo i z ogniskiem.

61

58

59

Na koniec tej wiosennej opowieści wrzucam kilka fotek w drogi.

62

63

64

65

Ciężko mi ocenić czy ta wiosna to do nasz przyszła, czy nie. Charakterystycznych zapachów jeszcze nie ma. Ciepło jest. Atmosfera jest.
Zresztą, jak może znaleźć wiosnę ten, co nosi ją przez całe życie w sercu :-)

66