szlak orła białego

To była połowa grudnia ubiegłego roku.
Pierwsze śniegi odeszły w zapomnienie i pojawiły się warunki do jazdy na rowerze.
Pamiętam, że byłem trochę wypłukany po dosyć intensywnym okresie w moim, zawodowym życiu. Pojawił się moment, w którym mogłem pozwolić sobie na złapanie ‚haustu powietrza’.
Sporo zastanawiałem się w jakim stylu to zrobić, gdy odezwała się bratnia dusza z RiC. To już nie pierwszy raz, kiedy z Wiktorem przywołujemy się myślami. Pewnie gdzieś, tam, jesteśmy podpięci do jednej centrali.
Wiktor zaproponował mi wspólną wyprawę rowerową która ma na celu przejazd do Radomia szlakiem lotnictwa polskiego i nie tylko. Nie jest to jakiś specjalny szlak. Nie uda się go odnaleźć w przewodnikach. Tę trasę, jak i dwie poprzednie (Dęblin i Kraków), Wiktor z Piotrkiem zaplanowali sami. Mają hopla na punkcie samolotów, a to przecież wystarczający powód, żeby pojeździć trochę na rowerze.

Na starcie pojawili się Wiktor z Piotrkiem. Miał pojawić się Wojtek, z którym przejechałem czerwoną krechę, ale coś go zatrzymało. Pewnie miłość, bo nie istnieje inny powód, który mógłby Wojtka zatrzymać.
Trasa liczyła ok. 100 km. Oczywiście przygoda była relacjonowana LIVE.
Postanowiłem dołączyć do chłopaków na 10 ich kilometrze. Zależało mi, aby nie przekroczyć ‚setki’. Dlaczego?
Administratorami grupy RiC jest Wiktor, Piotrek, ja i Karolina.
Karolina jest ‚chwilowo’ uziemiona. Ona, jak i większość członków RiC ma na swoim koncie ‚setkę’. Trzy osoby, w tym Piotr, mają nawet dwie setki. To już nie jest byle jaki dystans.
W całym stadzie setkowiczów uchowałem się jako rodzynek bez sety. Tę pierwszą obiecałem naszej uziemionej koleżance. Jak tylko wskoczy na rowerowe siodło i powróci do właściwej formy, magiczny dystans pewnie dziabniemy wspólnie w jakiś spektakularny sposób.
Póki co, swoje sportowe zapędy trzymam ostro na wodzy.

Odnaleźliśmy się na trasie ok. godziny 8:00. Do Skarżyska jechaliśmy bardzo spokojnie drogami serwisowymi nowej ‚siódemki’, jak i starą ‚siódemką’.
Staraliśmy się nie szaleć. Po pierwsze Wiktor jechał z kontuzją kolana, a po drugie i tak nigdzie się nam nie spieszyło.

 

1

2

3

Zanim przejdę do kolejnych etapów tej opowieści napiszę kilka słów o Piotrku… Wiktora już kilka razy przedstawiałem.
Piotrek ma niezwykłą umiejętność.
Przede wszystkim to on rozpoczął relacjonować wyprawy LIVE. Zrobił to po raz pierwszy, kiedy pokonywał swoją pierwszą ‚dwusetkę’.

kliknij >>> Tour de Świętokrzyskie czyli moja pierwsza ‚dwusetka’ <<<

A teraz napiszę jak to się odbywa.
Piotrek jedzie rowerem 40 km/h, czasem 10 km/h… to bez znaczenia… i fotografuje co go tam urzeknie. Potem w swoim telefonie obrabia zdjęcie w aplikacjach do obróbki zdjęć, wrzuca do FB, opisuje i odpowiada na komentarze z poprzednich wrzutek. Wszystko to dzieje się podczas jazdy ‚bez trzymanki’. Niby łatwizna. Spróbowałem i wiem jedno… więcej już nie spróbuję.

Zanim dojechaliśmy do pierwszego, lotniczego celu, wpadliśmy do jakiegoś ośrodka wypoczynkowego, nad zalewem Rejów. Akurat trafiliśmy na nieoficjalne ognisko.

4

Rowerzyści często mówią o pewnym zjawisku… że gdy jeżdżą, mają na gębie banana… coś w tym jest ;-)

5

Pierwszym lotniczym celem było Muzeum im. Orła Białego.
W tym dniu muzeum było nieczynne, ale pracownicy pozwolili nam wejść i zrobić sobie kilka pamiątkowych fotek z samolotami.

6

7

Admin z kiełbasą – to długa historia znana tylko członkom RiC.

8

Cała trasa do Radomia to ciągła rozmowa i wygłupy. Jeśli spotka się trzech wariatów i wyrusza na rowerową wyprawę, to skutek jest jeden: bolące mięśnie twarzy. Tego nie da się opisać. To jedna z wielu sytuacji, gdzie smutki i troski przestają istnieć.

9

10

11

12

13

14

Był moment, że z Wiktorem pozwoliliśmy sobie na ‚zamieńmy się żonami’ ;-)

15

Zaraz po godzinie 13:00 dojechaliśmy do Radomia. Chłopaki mieli już na licznikach setki.

16

Żaden z nas nie potrafi wytłumaczyć jakim cudem, tak niepostrzeżenie przejechaliśmy tę drogę. Wszyscy czuliśmy się, jakbyśmy dopiero wsiedli na rowery.
Skierowaliśmy się na kolejny lotniczy cel – Pomnik Białoruskich Pilotów w Małęczynie k. Radomia.

17

Kamień pamiątkowy, upamiętniający dwóch, białoruskich pilotów, którzy zginęli w katastrofie myśliwca SU-27, podczas Międzynarodowych Pokazów Lotniczych Air Show w Radomiu, w 2009 r.
Tę smutną historię można znaleźć w internecie, więc nie będę jej tu przytaczał.
Kolejnym celem naszej wyprawy był wjazd do 42 Bazy Lotnictwa Szkoleniowego w Radomiu.

18

Okazało się, że trochę się spóźniliśmy. Samoloty, które stały przed wjazdem do bazy, zostały przeniesione do Dęblina.

19

Oczywiście, powstał pomysł żeby zobaczyć je w Dęblinie, bo dysponowaliśmy sporym bagażem czasowym, ale mnie wyczerpał się limit kilometrów, więc na otarcie łez pojechaliśmy zobaczyć supernowy port lotniczy – Radom.

20

I to był koniec naszej wyprawy. Pomimo że na trasie szastaliśmy czasem, to nadal mieliśmy go bardzo dużo. Pojechaliśmy do pobliskiego sklepu, zalać smutki – flaszka na trzech.

21

Jak w każdym, polskim mieście, tak i w Radomiu, są miejsca, gdzie ścieżki dla rowerzystów górskich są na europejskim poziomie.

22

Przy pizzy przegadaliśmy naszą przygodę.

23

Generalnie, gdybym miał nas sklasyfikować pod katem obżarstwa, to uważam, że nie mamy problemu z niedojadaniem. Zamówiliśmy dwie pizze z czego zjedliśmy tylko jedną. W Radomiu duża pizza, jest duża. Nie jest pierdzioszkiem, który udaje dużą, a nawet nie jest średnią.
Drugą sztukę skonfiskował Szwagier. Był nieopodal, więc obiad miał z głowy.

Dalej to już dworzec, pociąg, rozmowy, wygłupy (tych nigdy dosyć), snucie nowych planów – to podczas naszego rozstania uzbroiło nas w nadzieję :-)

24

25

No i traska… kiedy ja jechałem serwisówka nowej ‚siódemki’, mój telefon zwiedził przez godzinę Norwegię, Grenlandię i Kanadę :-)

KLIKNIJ NA MAPĘ >>>

26