ściana północna – szlak polskich latarni morskich – cz. 3

Dzień 4

Niedziela.

Dzień rozpocząłem od porannej mszy w malutkiej kaplicy Sióstr Zmartwychwstanek. Pierwszy raz tam byłem i było fajnie.
Później pozwoliłem sobie na niewybaczalnie pyszne śniadanko. Dzień wcześniej jadłem jak bezpański pies, więc należała mi się odrobina luksusu.

251

Chciałem sfotografować nocną miejscówkę, gdy nagle zaczepił mnie kobiecy głos.

– mam serdeczną prośbę do pana. Moja córka bardzo się krępuje, ale gdy zobaczyła pański motocykl, to bardzo chciała mieć z nim zdjęcie. 
– no widzi pani, wszyscy ten motor i motor. Ja mógłbym nie istnieć – zażartowałem. Nie ma problemu – odpowiedziałem – spakuję się i wyprowadzę motocykl w ciekawszy plener.

Zająłem się pakowaniem i na śmierć zapomniałem uwiecznić noclegownię :-(
Dziewczyna cierpliwie czekała, aż wyczołgam Szerszenia. Zaczęła się sesja na całego.

252

253

Poszedłem do Hani rozliczyć się za gościnę. Ta nie chciała słyszeć o pieniądzach. Tłumaczyłem jej, że gdzieś musiałbym spać, komuś za to zapłacić, więc nie wyobrażam sobie, abym zasilał portwel obcych mi ludzi. Hania odparła, że nie przyjmie ode mnie pieniędzy i się wkurzy jak nie przestanę nalegać… Hani lepiej nie denerwować :-)

Na pożegnanie zrobiliśmy sobie wspólny strzał.

254

Wyruszyłem w kierunku latarni Rozewie.
Wybrałem sobie leśny szuter, bo jakoś natury mi się chciało. Poza tym, było krócej.

255

Kiedy dojechałem do Karwi, na drodze pojawili się kierowcy… dużo kierowców. Niedziela, czyli powrót letników do domu. Nieciekawa pogoda spowodowała, że ci co pozostali, postanowili spożytkować czas zwiedzając np. latarnie morskie, więc ilość kierowców diametralnie wzrosła.

Latarnie Rozewie…

Stara – czynna i udostępniona dla zwiedzających

256

Nowa – nieczynna, nie udostępniona.

257

Odpowiedź na pytanie: dlaczego akurat w tym miejscu wybudowano dwie latarnie? można znaleźć w wikipedii, więc się nie rozpisuję na ten temat.

Wjechałem na drogę w kierunku Helu. Zaczęło się piekło.
Od Jastrzębiej Góry, aż do Władysławowa utworzył się 10 km korek. Całe towarzystwo stało.
Stojące samochody, skierowane w stronę Helu w miarę możliwości przesuwały się bliżej pobocza, także jadące z naprzeciwka, ustępując mi środka jezdni abym mógł swobodnie jechać… zgodnie z zasadą – wszyscy się zmieścimy. Matematycznie można założyć, że w korku do Władka uczestniczyło ponad 1000 samochodów. Piszę to dlatego, bo na taką ilość kierowców trafił się jeden, który specjalnie zablokował mi możliwość jechania środkiem jezdni. Akurat stało się to w momencie, gdy z naprzeciwka jechała spora piguła pojazdów. Musiałem się zatrzymać i spokojnie poczekać, aż zrobi się luka w przeciwnym potoku. W tym czasie obserwowałem blokującego gościa w jego wstecznym lusterku. Radochę miał po pachy. Opowiadał swoim współtowarzyszom jaki jest dzielny, że powstrzymał bezczelnego motocyklistę, który po chamsku wykorzystując swój mały gabaryt jechał w najlepsze, gdy wszyscy grzecznie stoją.
Utworzyła się wyczekana luka. Spokojnie ominąłem frustrata, nie ukazując żadnych gestów… generalnie, brak jakichkolwiek emocji. Po prostu pojechałem dalej. Pomyślałem sobie: szkoda mi ciebie człowieku. Zostaniesz w tym korku pewnie dobrą godzinę, bo z tego słyną w tym miejscu niedzielne korki… zostaniesz tu sfrustrowany, ze swoim malutkim umysłem, mierząc mozolnie upływający czas… Nie cieszę się twoją krzywdą, bo jest mi cię szkoda. – to było naprawdę szczere. Zresztą, stare chińskie przysłowie mówi:Dopiero wtedy, kiedy komar usiądzie Ci na jajkach, zdasz sobie sprawę, że nie wszystko da się rozwiązać przemocą. ;-)

Wjechałem na Półwysep Helski.
Korek na przeciwległym pasie sięgał prawie do Jastarni. Zastanawiałem się jakim cudem, na tak mały skrawek lądu wjechało tyle samochodów.

W miejscowości Hel odwiedziłem sklep, uzupełniając płyny, a potem pierwszą latarkę półwyspu.

Latarnia Hel.

258

Druga latarnia, sąsiadująca z helskią, jest nieczynną mała latarnią, znajdującą się na Górze Szwedów. Można do niej dostać się plażą (tam i tu – ok. 8 km), albo przez las (tam i tu – ok. 3 km). Jestem leniwy więc wybrałem opcję nr 2. Problem był taki, że do tej latarni nie prowadzi przez las jakiś konkretny szlak. Jedyne co miałem, to współrzędne GPS i orientacyjny kierunek.
Graty zostawiłem u dobrej Pani kasjerki w Muzeum Obrony Wybrzeża. To muzeum jest ogólnie fajnym miejsce, ale moim celem była latarka.
Sposób w jaki dotarłem do latarki był porażką dla speca od przełajów. Radziłem sobie nawet nieźle, ale wielokrotnie trafiałem w ślepy zaułek. Ścieżki kończyły się gęstymi krzaczorami, których za cholerę nie mogłem pokonać. Był moment, że miałem zrezygnować, ale to był chwilowy kryzys, który szybko zażegnałem. Jeśli chodzi o cele wypraw, to jestem pierońsko zawzięty.
Po drodze mogłem spenetrować zarośnięte fortyfikacje. Stare umocnienia obronne, to wyśmienite miejsce do ukrycia butelek po winie i ludzkich odchodów :-(

262

Latarnia – Góra Szwedów (lub Szwedzkie Wzgórze).

259

W czasach swojej świetności wyglądała tak… (zdjęcie miniatury z Parku Miniatur Latarni w Niechorzu).

261

Ta latarka tak dała mi w kość, że postanowiłem zrobić sobie z nią zdjęcie.

Jak grzebałem w informacjach o polskich lataniach morskich natrafiłem na nieoficjalną wiadomość (być może pogłoskę), z której wynikało, że jacyś debilni urzędnicy wymyślili, że rozbiorą latarnię na Górze Szwedów. Obecny jej stan zagraża odwiedzającym ją ludziom. Osz kurwa mać!!! Latarnie, jakby nie było, stanowią część historii naszego kraju. Jeśli któraś zagraża życiu odwiedzającym, to należy ją przynajmniej doprowadzić do stanu, w którym nie będzie zagrażać!!! Ale w Polsce gospodarzą debile, dla których łatwiej i taniej jest po prostu coś zniszczyć… zrównać z glebą.
Błagam!!! Nie dajmy!!!

260

Doczłapałem się z powrotem do Szerszenia, podziękowałem Pani kasjerce za opiekę nad moim dobytkiem i pognałem do Jastarni.

Latarnia Jastarnia.

263

Dawniej ta latarnia wyglądała elegancko, ale zastąpiła ją latarnia na Górze Szwedów, a w 1939 r. nasi chłopcy ją wysadzili, aby utrudnić niemieckiemu okupantowi ostrzał wybrzeża.

Latarnia Jastarnia – dawniej… (zdjęcie miniatury z Parku Miniatur Latarni w Niechorzu).

264

Niby po starej latarni zostały fundamenty…

265

… ale jakoś mi to nie pasuje do poprzedniej budowli. Z obrysu fundamentów wynika, że były wykonane pod coś lekkiego ze stali, ale większego niż obecna. Pewnie w ramach cięcia kosztów, ktoś stwierdził służenie, że tym miejscu nie jest potrzebna imponująca budowla i wykonano nowy fundament pod obecną, mniejszą latarkę. Poprzednia latarnia wygląda mi na murowaną, pod którą powinny być solidne ławy. Ale nie będę sie kłócił i wprowadzał zamęt w turystyczne umysły… niech sobie ludzie myślą, że to po poprzedniej… i tak się nie znają, ani nie zagłębiają aż tak poważnie w historię tych urządzeń.

Wyruszyłem w kierunku Gdyni. Korek we Władku zelżał i stojące pojazdy przemieszczały się w kierunku Trójmiasta z prędkością od 0 do 20 km/h.
Do samej Gdyni toczyłem sie spacerowym tempem po białej linii, lub szerokim poboczem. Tym razem trafiłem na samych wyrozumiałych kierowców. Wszyscy ustępowali mi miejsca, zapewniając bezpieczny przejazd.

Zanim dotarłem do Gdyni, w miejscowości Pierwoszyno minąłem małą pizzerię. Jakoś tak mi się zachciało pizzy. Lokal nazywał się Ciao Bella i z wyglądu przypominał troszeczkę gminny sklep spożywczy. Pomyślałem, że nie spotka mnie tu nic pysznego, ale postanowiłem zaryzykować.
TAK WYŚMIENITEJ PIZZY NIE JADŁEM W SWOIM ŻYCIU!!!
Pizze pieczone są tradycyjnie, w piecu drzewnym.

266

Ze zdjęć i artykułów zawieszonych na ścianie lokalu wynikało, że właściciele pizzerii swój talent wykuli w samej Italii.
Jeśli ktoś, kto to czyta w tej chwili będzie tamtędy przejeżdżał, niech wstąpi i zje cuda, które tam tworzą. Polecam!!!

I strzał szefa kuchni.

267

Zadowolony z posiadanej treści żołądka pognałem do Gdyni, aby odwiedzić latarnię Oksywie.

268

Latarnia podzieliła los latarni w Jastarni. W 1939 r. została wysadzona podczas działań wojennych. W 2007 r. postawiono pomnik w 120 rocznicę jej uruchomienia. Osobiście nie rozumiem, dlaczego pomnik przyjął formę znicza nagrobkowego, ale ja to tępy jestem ze sztuki artystycznej. Na szczęście w parku miniatur w Niechorzu, całkiem niedawno postawiono replikę tej latarni. Dla niej uprosiłem panie kasjerki w tym parku, abym mógł wejść i zrobić zdjęcie miniatury.

269

Kolejna latarnia to Sopot. Stoi tuż przy najsłynniejszym polskim molo.

270

Pierwszy raz w życiu byłem w tym miejscu i spodobało mi się. Atmosfera niezwykła. Wkoło byli ‚kuglarze’, tancerze, zespoły muzyczne… artyści wszelkiej maści. Żałowałem, że nie byłem tam z Ukochaną. Czułem, że byłaby oczarowana tym miejscem.

271

Troszkę posłuchałem muzyki, bo fajnie grała jedna kapelka i pojechałem do Gdańska.
Robiło sie późno, a miałem do przebycia jeszcze ok. 200 km. Wiedziałem, że to się nie uda, ale zależało mi na opuszczeniu Trójmiasta w resztkach dziennego światła.

Latarnia Gdańsk – Nowy Port.

273

272

Kluczowym elementem mojej gdańskiej wycieczki był przejazd promem… niestety pech.

274

Prom był już nieczynny. Poza tym dzielnica Nowy Port jest trochę nieprzyjemna. W innych okolicznościach pewnie bym się nią zachwycał, ale w tamtym momencie ogarniała mnie lekka trwoga. Wkoło były grupki dobrze zbudowanych, bezwłosych chłopaków, ubranych w stroje sportowe, którzy ze sportem nie mieli wiele wspólnego.
Fotografując się na motocyklu przed promem, ściągnąłem uwagę wszystkich, otaczających mnie grupek. Zrobiłem jeden strzał i bez nadmiernego spokoju, najzwyklej w świcie wziąłem nogi za pas.
Dzięki nieczynnej przeprawie promowej, zostałem zmuszony do nadrobienia 25 km, żeby dostać się do latarni Gdańsk – Port Północny.

275

Zanim dotarłem do tej latarni, postanowiłem zatankować motocykl.
Podczas płacenia za paliwo, tuż przy kasie zaczepiła mnie kobieta. Gdybym oceniał ludzi po wyglądzie, to pewnie byłbym surowym sędzią. Głos miała stonowany, bijący niezwykłym spokojem.
Opowiedziała mi o swojej przygodzie z motocyklami. Jeździła Kawasaki Ninja 1000. W oczach miała głęboką tęsknotę do tamtych czasów.
Głównie ona mówiła. Jej opowieści były miękkie – nie potrafię tego jakoś inaczej zobrazować. Mógłbym jej słuchać godzinami.

276

Jechałem w kierunku Krynicy Morskiej. Tam była moja ostatnia latarka. Wiedziałem, że do niej nie dotrę tego dnia, ale chciałem przybliżyć się jak tylko to było możliwe.
Dopadła mnie tęsknota za domem. To trudny moment w czasie podróżowania. Serce wypełnione ludźmi, których się kocha w końcu pokonuje wszędobylską duszę. Zaczyna wołać i domagać się swoich praw. Umiem radzić sobie z tym uczuciem, bo to nie moja pierwsza wyprawa, ale nie jest to łatwy moment.
Postanowiłem tamten wieczór spędzić przy ognisku. Ogień podnosi morale. Jeśli idzie to w parze z dobrą herbatą, pokonanie ściany staje się sukcesem murowanym. Oczywiście znam masę sposobów na radzenie sobie z tęsknotą, ale te sposoby to moje ulubione. Nie wymagają nadzwyczajnych środków.

Po drodze zrobiłem dla Szerszena pamiątkowy widoczek. Dla ludzi, to jak fabryka czekolady ;-)

278

Zapadła noc.
Szukałem noclegu. Wmówiłem sobie, że musi być ognisko i już. Długo nie szukałem.
W miejscowości Mikoszewo znalazłem ośrodek wypoczynkowy, w którym kolonijne dzieciaki miały ognisko i dyskotekę na stołówce. Jeśli chodzi o tę miejscowość, to w Mikoszewie podobno znajduje się pełno Materków, pochodzących z mojej gałęzi drzewa genealogicznego. Nie znam ani jednego (mój tata zna), ale miło było mieć świadomość bliskości krewnych.
Wjechałem na parking i poszedłem do pani, która zarządzała ośrodkiem.
Usłyszałem od niej, że namiotu nie mogę tu rozbić, ale ma wolny pokój, z którego mogę skorzystać za jedyne 80 zł.
Prawie się zgodziłem, ale jak to ja, uruchomiłem tryb negocjacyjny.
Opowiedziałem pani, że nazywam się Materek, że jest późno, że mam śpiwór i dzięki temu nie zużyję pościeli, że wstaję bardzo wcześnie i nim ona się obudzi ja będę wspomnieniem.
Pani zmierzyła mnie od dołu do góry, podumała i powiedziała: hmmm… chodziłam do klasy z dziewczyną o tym nazwisku i w takiej sytuacji, może ten pokój puścić za 40 zł. Z radością przyjąłem ofertę. Pani zapoznała mnie z Andrzejem, specem od wszystkiego na ośrodku. On oprowadził mnie po włościach, powiedział gdzie, co i jak, wpuścił do pokoju i zaparzył wrzątku na herbatę w swoim prywatnym czajniku.

279

280

Na tym etapie podróży lepiej nie dzielić pomieszczenia z butami ;-)

O godzinie 22:00 wykąpany i przebrany w cywilne ciuchy, poszedłem na ognisko. Miałem szczęście, bo o tej godzinie zaczęła się godzina policyjna na ośrodku i zgraja rozwrzeszczanych dzieciorów poszła spać. Zostałem przy ognisku tylko ja, delektując sie ciszą i zieloną herbatą.

281

Jakoś mi się dobrze siedziało, to wypiłem jeszcze jedną zielonkę. Tym razem upichconą na ogniu :-)

282

Traska…

>>> KLIKNIJ  MAPA <<<

Dzień 5

Dzień zacząłem o 7:00. Miałem sporo czasu do przodu, bo odpadło mi składanie namiotu i wszystkiego co z tym związane.
Zanim wsiadłem na motocykl podszedł do mnie Andrzej – Złota Raczka i opowiedział kawał swojego życia, w którym także był motocyklowy epizod.

283

Dojechałem do Krynicy.
Czekała na mnie ostatnia latarnia – Krynica Morska.

284

Miałem dziwne wrażenie, że ośrodki które powstały w Krynicy, były resortową potrzebą. Nie wiem czemu, ale czułem, że kiedyś mogli tu przebywać tylko partyjni oligarchowie. Być może sie mylę, ale miałem takie odczucie.

Nieuchronnie zbliżałem się do mojego ostatniego celu podróży – granica polsko-rosyjska. Dojechałem do najbardziej wysuniętego punktu po polskiej stronie mierzei wiślanej. Jest nim ośrodek Piaski Club.
Jeszcze dobrze nie zsiadłem z Szerszenia, a już dopadł mnie młody chłopak – Igor.

285

Zaczął mi opowiadać o swojej miłości do motocykli, o tym, że tylko te stare mają duszę: BMW, Dniepr, K750, M72, Sokół itd. W sumie trudno się z nim nie zgodzić.
Nie mam pojęcia jak, ale ten chłopak mnie tak zaczarował, że dałem mu przejechać się na moim motocyklu. Myślę, że nosiłem w sobie dług, który zaciągnąłem u Banana. On także nie znając mnie, dał mi swojego Junaka i pozwolił przeżyć radość, której nigdy nie zapomnę. Igor zabrał ten dług i być może on pewnego dnia przekaże go młodemu, zupełnie obcemu człowiekowi. Możliwe, że ta zaraza właśnie w taki sposób się rozprzestrzenia.

Zdjąłem co cenniejsze manele i poszedłem do recepcji ośrodka, podrzucić je dobrym ludziom.
W recepcji była młoda dziewczyna i starszy człowiek. Pokazali mi miejsce, w którym mogłem zdeponować swoje skarby.
Kiedy ucieszony kierowałem się do wyjścia zaczepił mnie pytaniem starszy człowiek.
– ale dokąd się wybierasz?
– idę zrobić sobie zdjęcie na granicy polsko – rosyjskiej.
– czyś ty oszalał!? Chcesz być zastrzelony przez rosyjskich strzelców?… telewizji nie oglądasz!? – wrzasnął pan z poważną miną.
Nie docierało do mnie to co słyszałem. Tysiące myśli krążyło mi po głowie, a pan ciągnął dalej. – posłuchaj… tam jest całkowity zakaz zbliżania się do tej granicy. Jeśli tam pójdziesz to zginiesz… jeszcze w tym stroju, to już w ogóle wezmą cię za jakiegoś prowokatora… Warto ginąć dla głupiego zdjęcia!?

Ręce mi opadły… tyle jechałem, tyle przygód i nie mogłem ich skończyć tak jak to sobie zaplanowałem. Przez chwilę posmutniałem i zastanawiałem się co robić.
Nagle starszy Pan mnie poklepał po ramieniu i ze śmiechem dodał: – ale masz minę. 
– eee… – patrząc zmieszany, wydałem dziwny dźwięk.
– nie bój się… jaja sobie robię.

Śmialiśmy się we dwóch, bo uważałem, że numer był pierwsza klasa.

286

Do granicy trzeba wykonać trzykilometrowy marsz. W sumie to czysta przyjemność. Piasek, morze bezludna przestrzeń.
Sama granica niczym mnie nie powaliła. Siatka, znak STOP, ostrzeżenie o karze za próbę wtargnięcia na teren Federacji Rosyjskiej.

287

Zza krzaków wyszły dwie dziewczyny pochodzące z Gdańska.

288

Przyjechały w to miejsce na rowerach obładowanych sakwami. Widać, że wybrały się na dłuższą wycieczkę. Zagaiłem je, bo nie dość, że człowiek w tym miejscu to raczej rzadkość, to na dodatek na rowerze. Nie sposób przejść obojętnie ;-)

Kiedy wróciłem po klamoty porozmawiałem z Panem od dobrego humoru. Podrzuciłem mu pomysł, że warto przy tej granicy, na plaży, wbić słupek biało czerwony z polskim godłem i zbić z kilku desek budkę wartowniczą, także pomalowaną w biało-czerwone barwy. Taka atrakcja ściągnie w to miejsce tysiące turystów.
Pan podumał i stwierdził, że to niegłupi pomysł.
Więc jeśli stanie w tym miejscu podobny gadżet, będę uważał, że mam w nim swój wkład ;-)

Wróciłem do Nowej Karczmy. Postanowiłem zjeść śniadanie i zastanowić się co dalej.
Zjadłem starą bułkę o smaku pizzy, która nawet koło pizzy nie leżał, wysłużony banan (takie lubię najbardziej), baton i popiłem herbą.

289

Pomyślałem, że zamknięcie ściany północnej będzie tylko zaliczeniem, a ja nie chcę zaliczać, lecz delektować się. Podjąłem decyzję, że wracam do wzywającego mnie świata.
Na pożegnanie północnej ściany, w miejscowości Rybina, miałem niezwykłą okazję obejrzeć most zwodzony w akcji.

290

Wracałem do domu.
W głowie miałem pustkę, więc by wypełnić ją myślami przypominałem sobie, to co mnie spotkało w tej podróży.

Drogi… o nich mógłbym pisać i pisać. Większość kojarzyła mi się z pierwszą sceną z filmu ‚Nóż w wodzie’.

291

292

Czasem, po prostu było fajnie…

293

Przede wszystkim, wracając, cieszyłem się, że jadę motocyklem. Samochód odcina od tego co jest na drodze, od ludzi, a tym samym od przygody. Samochód powoduje, że jesteśmy niezależni i niewidzialni. Nikogo nie interesują kierowcy samochodów, no chyba że tych, co są w jakiś sposób charakterystyczne.
Uczestnicząc w wyprawie motocyklowej, rowerowej, czy ciągnąc wózek z bagażem, dochodzi do momentu, że musisz swój dobytek komuś powierzyć. Musisz podejść do kogoś, poprosić o pomoc, zaufać. Takie sytuacje przybliżają do obcych ludzi i pozwalają się zakochać w nich i w tym świecie.

Droga – główny element każdej wyprawy. Tego co ona daje, doświadczyć można gdy po niej się stąpa. Motocykl daje ten komfort, że obrazy na drodze szybciej się zmieniają, co dla mnie jest ważne.
I zapach! Jeśli ktoś wymyśli rejestrator zapachów powinien otrzymać nagrodę Nobla. Sam las ma ogromną ilość zapachów, a do tego dochodzą miasta, pola na których jest wszystko i to wszystko ma swoje niepowtarzalne zapachy. Jeny! Jechałem i myślałem sobie o tym jak siedzę zimą przed kominkiem i odtwarzam te wszystkie zapachy. Obrazy same by się cisnęły we wspomnieniach.

Deszcz. On burzył moje plany na tej wyprawie, ale powodował, że przestępowałem za próg kolejnych przygód. Przez deszcz doświadczałem drogę w niechciany sposób. Przy małym deszczu moją twarz nakłuwało setki igiełek. Przy ulewie na twarzy czułem tysiące kamieni. To bolało. Wkurzało mnie jak cholera, dzięki czemu ta wyprawa była bardziej kolorowa.

Wiatr, a zwłaszcza ten boczny, który nad morzem jest silny. Za wszelką cenę próbował mnie zepchnąć z drogi. Przytulałem się mocno do maszyny i stanowiliśmy jedność. Praca mózgu w takiej sytuacji jest niezwykła. Samochody, budynki, tablice reklamowe, pnie drzew chwilowo zasłaniały boczny wiatr. Wtedy miotło mną na wszystkie strony. Każdą zmianę wiatru, nawet trwającą ułamek sekundy regulował mózg, wysyłając impulsy do rąk, które korygowały tor jazdy przeciwskrętami. Zachwycałem się tym, jak ciało samo radzi sobie z tymi szybkimi zmianami, że tego nie da się wymyślić. To musi być, bo bez tego giniesz.

No i ludzie…
Oni byli najważniejsi. Baz nich ta wyprawa byłaby pusta.
Najpiękniejszy element człowieka to jego historia. Każdy jakąś nosi i przekazuje drugiemu jak biegacz pałeczkę na sztafecie.
Nie wiem dlaczego, ale uwielbiam ludzkie historie. Są barwne i ukazują mi na czym polega życie. Nikt nie ma lekko, ale podoba mi się upór z jakim ludzie walczą o byt i szczęście, jak nie mierzą wysoko, lecz cieszą się z drobnych przyjemności. Niektórzy, po walce siadają przy wieczornym piwku, winku, herbacie, czy czymkolwiek i spłukują całodzienny trud. Nie chodzi mi o to, że popadają od razu w alkoholizm, ale umieją docenić choćby taką chwilę i cieszyć się nią… i opowiadają jak przeżyli dzień, a czasem nic nie mówią, tylko poszukują wewnętrznego spokoju.

Na koniec sentencja jaka mi wpadła do łba, gdy wracałem do domu.
Im szybciej jedziesz na motorze, tym krócej to robisz.
Nie wiem, czy da się to z czymś porównać, choć wielu zapewne znajdzie analogię ;-)

Statystyli:

dystans – 2078 km
zurzycie paliwa: 81,2l (3,91 l/100km)
kasa: 441 PLN (paliwo) + ok. 200 PLN (rozrzutny tryb życia)

Częściowa traska… reszta była przewidywalna :-)

>>> KLIKNIJ  MAPA <<<