ściana północna – szlak polskich latarni morskich – cz. 2

Dzień 2

Poranek był bajeczny.

202

Sen zapamiętałem jeden. Śniły mi się kosiarze, łażące nie po zewnętrznej stronie moskitiery, ale po wewnętrznej ;-)

Drogą do Świnoujścia wprost się delektowałem. Były fajne zakątki. Dobrze mi się kojarzyły.

203

Za sprawą święta – Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny był początek długiego łyk-endu. Droga była zatłoczona, ale ruch odbywał się sprawnie.
Pomyślałem, że za nim rozpocznę na dobre przygodę, wcześniej odwiedzę Dom Boży, aby uświetnić wydarzenie związane z Najświętszą Panienką.
W tym celu wylądowałem w miejscowości Wolin.

207

Do mszy miałem godzinkę, więc troszkę pomyszkowałem po okolicy i znalazłem taki przybytek.

204

205

206

W sumie to dobrze, że tam trafiłem. Opiekunowie miejsca pozwolili mi skorzystać z ich polowej łazienki.
Doprowadziłem się do ładu i pomknąłem na mszę.
Przed kościołem ubrałem ciuch cywilny, a cały swój dobytek dałem w opiekę przemiłym paniom z przykościelnej restauracji.
Po mszy naszła mnie niezwykła ochota na pierogi z mięsem. Okazało się, że super panie mają taki specjał z swoim repertuarze, który z miejsca zamówiłem.
Moja śniadanio-obiado-kolacja… bursztynowe skwareczki, swym perfekcyjnym smakiem rozłożyły mnie na łopatki… niebo w gębie.

208

Kasując pierożek po pierożku, postanowiłem, że udokumentuję ludzi, z którymi będę miał jakikolwiek kontakt w tej podróży. Każdy dziwi się, że podróżuję na motocyklu samotnie, a to nie prawda. Zaczepia mnie rzesza ludzi wypytując o szczegóły moich przygód, czasem o parametry techniczne Szerszenia, lub tak pogadać, bo gęba jakoś taka ciekawa… he, he… z tym ostatnim się nie łudzę. Nikt nie zaczepia mnie z powodu mojej gęby, chyba że, miałby ochotę ją przebudować ;-)
Zdarza się, że czasem to ja potrzebuję czyjejś pomocy i muszę się zwrócić o nią do kogoś na drodze.
Hmmm… gdyby się zastanowić, to każdy motocyklista jest samotnym jeźdźcem. Nie ważne, czy jedzie sam, czy w dziesięć maszyn. Kontakt z człowiekiem odbywa się właściwie tylko podczas postoju.

Na pierwszy strzał poszły super panie od pierogowych pyszności.

209

Żałowałem kilku fajnych osób, które spotkałem w drodze, a których nie udokumentowałem. Starszy gość, który jeździł na WSK. Dwa miesiące temu wyszedł ze szpitala po wycince raka krtani. Fajne dźwięki wydobywały się z jego gardła, miał tego świadomość. Niemniej, jakoś się dogadywaliśmy.
Szkoda, ze nie sfociłem wydziarganych osiłków z poprzedniego dnia, w końcu dzięki nim miałem fajną miejscówkę na nocleg.
Okrutna pani, która mnie przepędziła, raczej nie dałaby się sfotografować. Pewnie podczas wyciągania aparatu doznałbym obrażeń ciała. Ale i ją miło wspominam, bo była częścią mojej przygody :-)

Po super posiłku pojechałem bezpośrednio na prom w Świnoujściu.

210

213

211

Po wyłączeniu motocykla licznik okazał się być symetryczny.

212

Na promie dorwał mnie koleś, który buja się po świecie na Afryce. Teraz musiał być grzeczny, bo przyjechał na wakacje z rodziną, ale nie mógł odmówić sobie pogawędki ze mną. W zupełności go rozumiem. Sam bym poleciał gadać z takim kolesiem jak ja. Tak dobrze nam się rozmawiało, że kiedy dobiliśmy do brzegu, on musiał pobiec do swojego samochodu, a ja przygotować motocykl do zejścia z pokładu promu. W roztargnieniu nie zrobiłem naszego ‚selfie’ :-(

W Świnoujściu zarejestrowałem fakt, że w wyposażeniu nie miałem kabla USB, łączącego ładowarkę z większością posiadanych przeze mnie urządzeń elektronicznych. Problem w tym, że było święto, a telefon rejestrujący ślad GPS alarmował, że jeśli zaraz nie otrzyma dawki potrzebnej energii, to pożegna się i odetnie mnie od możliwości kontaktu z bliskimi.
Zacząłem odwiedzać sklepy, które mogłyby mieć w swej ofercie rzeczowy kabel… niestety :-(
Wtem, pojawiła się ściana wody płynąca z nieba. Wiedziałem, ze temat jest chwilowy, więc ukryłem się pod parasolami małej knajpki z kebabami. Skoro już się zatrzymałem, z głupia frant wszedłem do lokalu i spytałem, czy nie mają poszukiwanego przeze mnie kabla. Okazało się, że Grzegorz, dzień wcześniej miał podobny problem i taki kabel zakupił. Jeszcze nie zdążył wypakować go z samochodu… przypadek? :-)

214

Dotarłem do najbardziej wysuniętego na północny zachód odcinka drogi. Zakończony był parkingiem. Powiedziałem panu który tam zarządzał, że potrzebuje zostawić swoje skarby na 10 minut. Zaśmiał się i powiedział, że jeśli idę na styk granic, to potrzebuję więcej czasu i lepiej jak zakupie u niego bilet. Obiecałem mu, że ja jestem inny i jak mówię, że potrzebuję 10 minut, to tak będzie. Skłamałem. Wróciłem po 40 minutach. Skruszony i pokorny. Pan parkingowy, zaśmiał się i powiedział, że dawno go tak nikt nie rozśmieszył, że ma dobry dzień i mój pobyt na jego parkingu mam traktować jak gościnę :-)

215

Na styku granic poznałem fajną, niemiecką parę. Strasznie cudowali, żeby mieć wspólne zdjęcie ze sobą. Zaproponowałem im, że ja mogę służyć jako statyw, potem oni mnie i będzie git.

216

Na rozschodniaka zrobiliśmy sobie po selfie i rozeszliśmy się do swoich krajów :-)

217

Zanim rozpocząłem swoją latarniową pielgrzymkę, chciałem koniecznie uwiecznić ‚must see’ Świnoujścia.

218

Droga na koniec cypla była długa, a ja byłem obładowany prawie całym swoim dobytkiem. Jeszcze wtedy nie wypracowałem systemu podrzucania swoich bambetli. O pomoc poprosiłem pewnego wędkarza.

219

Wreszcie nadszedł czas na zdjęcie pierwszej latarki.
Latarnia w Świnoujściu. Jest najwyższą latarnią na polskim wybrzeżu.

220

Kiedy wczytywałem się przed wyprawą w historie latarni, natknąłem się na strony pasjonatów tycz urządzeń. Oni pieszczotliwie nazywają je ‚latarki’. Postanowiłem i ja je tak nazywać :-)
Droga do latarni Kikut była małym off-roadem.

221

Latarnia Kikut.

222

W drodze do latarni Niechorze, można napotkać taki twór na sklepie spożywczym.

223

Tam mieści się jakieś centrum latarników, ale nie wiem o co chodzi. Uważałem, że ten element łączy się z moja wyprawą, więc czułem się zobowiązany utrwalić go na karcie pamięci mojego aparatu.

Poniżej latarnia Niechorze.

224

W Niechorzu jest też park miniatur latarni morskich. Bilet wstępu jest nieludzko drogi. Mnie nie zależało na łażeniu po tym parku, więc poprosiłem panie w kasie, aby pozwoliły mi zdjąć dwie latarnie, których już nie spotkam na tym szalku. Jedna, to nieistniejąca latarnia w Jastarni, a druga, to latarnia Oksywie. Strasznie mi zależało, aby mieć ich zdjęcia. Kasjerki pokręciły nosem, ale pozwoliły mi na zobaczenie tych dwóch latarni. W przypływie emocji zapomniałem o selfie z fajnymi Paniami :-(

W miedzy czasie Szerszeń miał charakterystyczny licznik.

225

Zbliżała się noc.
Ciągle będąc w trasie czułem niedosyt tego, co mnie otacza.
Szlak latarni morskich, to nie tylko latarnie. Przy drodze jest masę umierających gospodarstw, które naszą na swych barkach potężną historię.

226

Chciałbym kiedyś wrócić na ten szlak i zwiedzić te gospodarstwa. Zresztą, podobne są na terenach Warmii i Mazur. Czuję, że właśnie tam wyląduję w przyszłym roku, ale to się jeszcze zobaczy.

Z noclegiem nie miałem kłopotów. Jest tak dużo pól namiotowych na trasie, że w każdej chwili można coś znaleźć dla siebie.
Na polu, które sobie upatrzyłem z powodu bezpośredniego dostępu do wody, spotkałem przemiłą współwłaścicielkę. Wręcz rzuciła się na mnie z opowieściami, że ona też jeździ motocyklami, że teraz to ma rozklekotany skuter, którym jeździ do sklepu, ale wcześniej bujała się jakąś Hondą o pojemności 1000 cm3, i jeździła ponad 200 km/h. Czułem w tych opowieściach sporo przesady i braku spójności, ale udawałem, że faktycznie mogło tak być. Widziałem, że miała kupę radości z tego powodu.
Z jej wujem umówiłem się na 15 zł za noc. Dałem mu 20 zł, on nie miał wydać. Powiedziałem, że te 5 zł niech zachowa. I jak jakaś zbłąkana dusza tu się przypałęta, to on da mu zniżkę o te właśnie 5 zł, a jak się nie przypałęta, to niech kupi dobre piwo i wypije moje zdrowie. Wuj się ucieszył, bo widać było, że za zdrowie, to on lubi często pić ;-)

Rozbiłem namiot, położyłem się i co… w mojej sypialni znowu pojawił się kosiarz pospolity. W sumie mnie to nie zdziwiło. Jeszcze dobrze się nie rozbiłem, a na sypialni już siedziało ich ze cztery. Ośmionogi współlokator grzecznie opuścił wnętrze moskitiery i zajął miejsce, wraz ze stadem swoich braci po zewnętrznej stronie.
Pożegnałem się z moimi małymi ochroniarzami, prosząc ich, aby mi się nie śnili, bo słabo to znoszę. Po chwili przerwałem łączność z rzeczywistością.

Traska…

>>> KLIKNIJ  MAPA <<<

Dzień 3

Tym razem kosiarze mi się nie śniły… miło z ich strony.

227

Budzik miałem nastawiony na godzinę 7:30 am, lecz to nie on zerwał mnie na równe nogi o 5:30, tylko zwiastun solidnej burzy.
Aby uniknąć pakowania sie w deszczu, w mgnieniu oka wyskoczyłem z namiotu, zrobiłem szybki strzał miejscówki z widokiem na wschodzące słońce (za plecami miałem czarny, błyskający koszmar) i w rekordowym czasie wrzuciłem graty na motocykl.
Do szczęścia potrzebowałem czystej gęby.
Żeby nie budzić rykiem silnika pola namiotowego, do oddalonej o 200m łazienki przeszedłem się piechotką, zostawiając na moto kurtkę i kask. Pomyślałem, że te opasłe chmurzyska są jakoś niezdecydowane i na pewno zdążę wrócić przed pierwszymi kroplami deszczu. Nie zdążyłem. Facet, z którym stałem w łazience, oglądając monstrualną ilość wody walącej z nieba, wyskoczył tylko na małe julanko. Nie mógł się nadziwić, że utknął na dobre w kiblu. Ja też nie mogłem się nadziwić i w swej wyobraźni oglądałem moją kurtkę, leżącą na motocyklu, nabierającą hektolitry wody.
Po półgodzinnej pogawędce o pogodzie wróciłem ocenić straty. Kask przytomnie zostawiłem w taki sposób, żebym nie musiał wylewać z niego wody, ale kurtka?… ta oberwała solidnie. Jakbym wyciągnął ją z wody :-(

Nie poddałem się. Założyłem jakiś windstop żeby odizolować mokrą kurtkę od ciała i pojechałem przed siebie. Niestety, niezbyt daleko. Dosłownie, kilometr za bramą zostałem obdarowany kolejną porcją wodnej rozrywki. Jechałem 30 km/h i mocno rozglądałem się za schronieniem. Znalazłem takie pod ogromnym dachem głównego wejścia do jakiegoś wypasionego hotelu. Byłem przemoczony.
Rozebrałem się do rosołu, wypakowałem suchy komplet, a wraz z nim ciuchy przeciwdeszczowe.
Obsługa hotelu nie była zachwycona moim striptizem, ale wydawała się być wyrozumiała. Nawet pozwolili mi skorzystać ze swojego komputera, aby mógł zapoznać się z najświeższą prognozą pogody ICM. Wynikało z niej, że jeśli przeżyję wodne piekło przez jakieś 80 km, to dalej będzie z górki.
Ciuchy przeciwdeszczowe pełniły podwójną funkcję. Pierwsza, to ochrona przed deszczem, a druga, to utrzymanie temperatury ciała, która spadała od mokrej kurtki i spodni.
Do Kołobrzegu dojechałem stosunkowo spokojnie.
Ciemne chmury kłębiły się, ale pozwoliły obejrzeć spektakularną tęczę, wykonać strzał latarni i schować się pod marynarskim parasolem w doborowym towarzystwie.

228

229

230

Z kapitanem jednego z kołobrzeskich statków nie rozmawiałem o motocyklach. Opowiedział mi trochę o latarniach. Są ważnym elementem jego zawodowego życia. Wiedział wszystko o tych najbliższych. O tych dalszych ja popisywałem się wiedzą ;-)
Deszcz nie ustawał. Zdecydowałem się na wodną jazdę. Pomyślałem, że kupa podróżników zwiedza świat w deszczu i żyją, więc nie łamiąc się zbytnio, wsiadłem na Szerszenia i powoli toczyłem się do przodu.
Mam otwarty kask. Odkryłem, że powyżej 60 km/h krople deszczu zamieniają się w tysiące małych igiełek. Uczucie jest mocno wkurzające. Mimo, że gogle, oraz chustka zasłaniała mi większość twarzy, to reszta cierpiała niewymownie.
Zjechałem do Ustronia Morskiego, aby zakupić sniadani-obiado-kolację (buły, pasztet, ser żółty i pomidor).

Latarnia Gąski.

231

Kiedy dojechałem do latarni Gąski deszcz zaczął odpuszczać… i dobrze, bo do moich… yyyy… czereśni, przedostała się mała stróżka wody. Krocze motocyklisty, to jedyne miejsce podczas deszczowych przejażdżek, w którym zbiera się woda spływająca z całego ciała. Jeśli ma się dobre ciuchy przeciw deszczowe, to uczucie mokrych jąder osiąga się po godzinie, czasem dłużej. Moje ciuchy, to średnia półka (przy ich zakupie nie nastawiałem się na jazdy w deszczu), więc i tak radziły sobie znośnie.
Dalsza droga przebiegała w towarzystwie słońca.
W miejscowości Osieki, nad jeziorem Jamno znalazłem fajną bazę dla kitesurferów. Postanowiłem zjeść zakupiony prowiant i w ostrym słońcu, oraz silnym wietrze przesuszyć skorupę.

232

Ci kitesurferzy to fajni ludzie… wariaty przeokrutne.
Akurat rozmawiałem z jednym, co jeździ na co dzień V-Stromem 1000 (selfie).

233

Jeżdżenie na motorze, rowerze, czy pływanie z kitem, czy robienie czegokolwiek co daje poczucie wolności, wiąże się z tym, że nie posiada się piątej klepki. Dlatego tacy ciągną do siebie i kiedy widzą się pierwszy raz, to zdaje się, jakby znali się całe życie :-)

Następny przystanek, to latarnia Darłówko.

235

Znowu nieoceniona pomoc chłopaka z parkingu. Chciałem mu zapłacić za pilnowanie gratów, ale nie chiał przyjąć ode mnie kasy. Poprosił mnie, żebym szybko się zmył, tak aby szef nie zobaczył ;-)

236

Przed Jarosławcem, na powojskowej drodze leśnej, miałem wyprzedzać autobus. Nie jechał szybko, ale i mnie się nie spieszyło, bo delektowałem się leśnym zapachem. Okazało się, że podjąłem słuszną decyzję. Chwilę potem, przed autobus wyskoczyły dwie sarny. Dzwon z sarenką to duuuuża komplikacja dla motocyklisty. Kończy się to raczej słabo. Generalnie mały kotek może zamienić przygodę w koszmar. Sarenka to pewniak kłopotów.

Latarnia Jarosławiec

234

Kolejna latarka to Ustka.

237

Byłem w Ustce dwa razy i musze przyznać, że ta miejscowość ewoluowała. Wiadomo… taka ewolucja pociąga za sobą chmarę turystów.
Zaskoczeniem była obrotowa kładka dla pieszych. Dla mnie rodzynek :-)

238

Kolejny przystanek to Czołpino.
Zanim dotarłem do latarni, odwiedziłem zabytkowy kompleks mieszkaniowy latarników. Obiekt jest zamknięty, ale ja tego nie wiedziałem ;-)

239

240

241

242

243

244

245

Droga do latarni jest otoczona chochołami, takimi leśnymi pokrakami.

246

Latarnia Czołpino

247

Latarnia Czołpino, to taka trochę latarniowa celebrytka. Zagrała w filmie ‚Zakochani’. Film klasy: polski romans komediowy. Po roku 2000 powstało kilka takich knotów w polskiej kinematografii, gdzie w jednym z nich latarka miała swoje 5 minut… i dobrze :-)

Zapadał zmierzch.
Miałem do odwiedzenia dwie latarki, ale wiedziałem, że ten dzień zakończę na jeszcze tylko jednej.
Jechałem leśnymi drogami w kierunku drogi nr 213. Jechałem wolno, bo byłem w lesie. Nagle, jakieś 40 m przede mną wyskoczyła sarna. Wyhamowałem do zera. Zatrzymałem się przed drugą. Ta stanęła na wprost motocykla i patrzyła się na mnie, być może zdziwiona.
Zaśmiałem się – no i co gnojku… nie udało ci się mnie załatwić? :-)
Sarna trwała w bezruchu. Zacząłem sięgać powoli po aparat. Na próżno. Mały gnojek czmychnął w krzaki za koleżanką.
Nie byłem zdenerwowany. W końcu spodziewałem się takiego obrotu zdarzeń. Byłem gotowy na tego typu spotkanie. Wreszcie znalazłem uzasadnienie dla mojego spokojnego stylu jazdy na motorze. Nie twierdzę, że pewnego dnia nie zginę, że mnie takie sprawy omijają, bo jestem mądry. Po prostu pomagam Panu chronić mój własny tyłek.

Do latarni Stilo dojechałem już wieczorkiem… zdążyłem na zachód słońca.

248

I selfie z dziewczyną, która przypilnowała moje graty.

249

Wypracowałem sobie tekst, który kruszy najbardziej zatwardziałe serca.

Pewnie tego nie zrozumiesz, ale muszę sobie zrobić z tobą zdjęcie. Chodzi o to, że jeśli z kimś rozmawiam, ktoś mi pomaga, lub ja komuś pomagam, to obiecałem sobie, że muszę mieć z kimś takim zdjęcie… i akurat ty masz pecha :-) – działa!!!

Nie planowałem pobytu w Dębkach. Jeśli chodzi o Dębki, to mogę powiedzieć, że to taki mój nadmorski dom.
Pomyślałem sobie, że skoro jestem w okolicach Dębek, aktualnie zapadała noc, to znaczy, że w Dębkach mam spać i już.
Dobrze widziałem, gdzie znajdę pewny nocleg.
Na posesję Hani wjechałem jak do siebie. Ta przyjęła mnie z otwartym sercem. Tego nie da się opisać. Generalnie, nie spodziewała się mnie, ale i ja nie spodziewałem się, że tę noc spędzę w Dębkach. I ten motocykl. On spowodował, że koleś, który tu zawsze przebywał w chamskich badenkach i klapkach, który nie odróżniał się od tysięcy przybywających tu co roku wrzodów na dupie tej krainy, stał jakiś inny. Ta morda oblepiona robalami i trudem życia w drodze, kurz w sklejonych włosach jest jak historia, która świadczy o jakiejś wartości. Nie pochlebiam sobie w tej chwili. Po prostu czułem, że właśnie tak mnie widziała Hania.

U Hani czułem się jak w domu. Pozwoliła mi się rozbić na swoim polu namiotowym, skorzystać z kuchni i łazienki do bólu.
Wreszcie opiłem się zielonki w ilościach monstrualnych, zrobiłem pranie prześmierdniętych koszulek, skarpet… gaci :-)

Dzień zakończyłem na plażowym ognisku.

250

Posiedziałem chwilę i poszedłem do namiotu położyć się spać. Ku memu zaskoczeniu, tej nocy nie towarzyszył mi żaden kosiarz pospolity. Szkoda… przyzwyczaiłem się do ich obecności :-)

Traska…

>>> KLIKNIJ  MAPA <<<