ściana północna – szlak polskich latarni morskich – cz. 1

Dzień 1

Zanim rozpoczął się pierwszy dzień, ogromny wpływ na to co się działo potem, miały minione wydarzenia. Dwa dni przed rozpoczęciem wyprawy, siadło mi na klatę dziwne przeczucie. Nie potrafię tego wytłumaczyć. Myślenie o wyjeździe kompletnie nie dawało mi radości. Ciężko oddychałem jak tylko wspomniałem o czekającej mnie przygodzie.
Opowiedziałem Ukochanej o nieuzasadnionych obawach, których za cholerę nie mogłem sklasyfikować. Były i już. Wtedy zaczęły się rodzić pomysły, że może lepiej będzie pojechać samochodem, może w ogóle odpuścić sprawę. Miałem 5 dni dla siebie i pewnie znalazłbym plan B, ale o tych cholernych latarniach myślałem od tylu miesięcy, że rezygnacja z wyprawy wpędziłaby mnie w poczucie przegranej. Z drugiej strony, lepiej ponieść klęskę rezygnując z marzeń, niż wpakować się w jakieś nieciekawe gówno.

Dzień przed wyjazdem, mój najmłodszy szwagier rozpieprzył się na motocyklu.
Motor w drzazgach, on pozdzierany do mięcha. Generalnie skończyło sie nienajgorzej, ale jego wyczyn dramatycznie pogorszył moje samopoczucie, i to dzień przed wyjazdem :-(
Wspólnie z ukochaną podjęliśmy decyzję, że skoro już mam jeździć po świecie, to niech to będzie samochód.

6:00 rano – pobudka.
Zjadłem śniadanie i zszedłem do garażu.
Objuczony Szerszeń wyglądał imponująco, ale otworzyłem sakwy i z bólem serca wyciągałem spakowane rzeczy.
Jak głupi tłumaczyłem się maszynie: nie dziś Stary… mnie też to nie pasuje, ale tak chyba będzie lepiej..
Przeorganizowanie się na wersję samochodową zajęło mi około 2 godziny. Przy okazji dobrałem masę bambetli, które wożąc w samochodzie nie będą stanowiły problemu, i podniosą mój komfort podróżowania.
W tej stercie brakowało mi najważniejszego: materaca i moskitiery w oknach. Zimą, gdy się śpi przy otwartych oknach nie musiałem się obawiać komarów, bo ich nie ma. Latem wiadomo…
Po materac musiałem się pofatygować do kantorka na osiedlu, a do montażu moskitiery brakowało mi rzepów samoprzylepnych.

9:00 – siedziałem za kierownicą samochodu i próbowałem wyjechać w świat.
Wcisnąłem przycisk pilota od bramy… bez reakcji. Wcisnąłem jeszcze kilka razy i nic. Wyczołgałem się z samochodu i z odległości kilku centymetrów mierzyłem od urządzenia sterującego bramą… nic. Inne urządzenia reagują, a brama za cholerę.
Pogmerałem coś przy sterówce. Nie działa, nie działa… w końcu załapało.
Dojechałem do kantorka z materacem, włożyłem klucz do zamka i…. i nic. Klucz nie pasował.
Telefon do żony, okazało się, że ma drugi klucz nawet działający, powrót do kantorka… jest ok. Miałem materac.
Szykując spanie w samochodzie moja złość sięgnęła zenitu. Wśród obecnych przedmiotów nie było ‚śpiworka’. Przekląłem siarczyście, a właściwie użyłem długiego ciągu siarczystych przekleństw.
Godzina 10:30. Tkwiłem niezorganizowany w pierdolonych Kielcach, miotając sie bez sensu. Powinienem być na dwusetnym kilometrze i połykać przygodę łapczywymi haustami.

Spotkałem znajomego z pracy.
– no co ty… nie w drodze.
– długa historia – odpowiedziałem załamany – ale może za chwilę będę.
– he, he… ale zaraz… nie motocyklem?
– no widzisz… próbuję być rozsądny, więc wybrałem samochód – odpowiedziałem bez wiary.
– hmmm… szkoda… w sumie też bym pojechał samochodem – powiedział to, patrząc na mnie z półuśmieszkiem.

Wróciłem do domu.
Tym razem brama zadziałała jak nowa.
Otworzyłem garaż. Moim oczom ukazał się zaginiony śpiwór, spoczywający w najlepsze na motocyklu.
Zacząłem się śmiać, bo naprawdę, to wszystko było śmieszne.
Usiadłem na garażowym fotelu, na którym lubię siedzieć, bo wtedy patrzę na motocykl i wypowiedziałem słowa, które spłoszyły wszystkie negatywne emocje, jakie siedziały we mnie od dwóch dni.
– no dobra… nie wiem co jeszcze mnie dziś czeka na drodze, ale się dowiem. I pojedziemy motocyklem… razem… Ty Panie Boże i ja!
Od tej pory wszystko nabierało tempa.
Przeorganizowanie wyprawy na motocyklową odbyło się stosunkowo bezboleśnie. Gorzej odbyła się rozmowa z Ukochaną, gdy jej oddawałem klucze ubrany w strój motocyklowy. Ona dobrze mnie zna i wie, że ze mną nigdy do końca nic nie wiadomo. Wierzyła, że przy samochodowej wyprawie nie będzie musiała się zbytnio denerwować moją nieobecnością. Motocykl i ja, to połączenie, które cholernie ciężko znosi. Na tle ostatnich dwóch dni, świadomość, że moja wyprawa odbędzie się na moto jakby zdmuchnęła ją. Niemniej, był w tym wszystkim spokój. Przynajmniej ja jakoś tak to odebrałem.

200

12:00 – siedziałem na Szerszeniu. Na gębie chusta, w uszach zatyczki.
Uczucie jakie mi towarzyszyło było nie do opisania. Darłem się z radości.
Miałem niedoczas sześciogodzinny. Powinienem być na trzechsetnym kilometrze, a byłem na starcie. Wiedziałem, że nie dojadę tego dnia do Świnoujścia, lecz miałem to głeboko w dupie.

W Uniejowie postanowiłem zarządzić przerwę. Byłem daleko od domu, więc należało mi się. Na dużej, pustej połaci zadbanego terenu, rozłożyłem się na środku i podziwiałem niebo.

201

 

Obudził mnie głos dziewczyny.

– ty przyjechałeś na indiańskie lato?
– eee… yyy… nie – ucieszyłem się, że dziewczę mnie obudziło, bo nawet nie wiem kiedy odpadłem.

Wkoło krzątali się jacyś ludzie. Byli uśmiechnięci, odnosili się do siebie z ogromną życzliwością. Układali na ziemi długie, drewniane żerdzie.
Usiadłem na jakiejś ławce i obserwując ich, zajadałem przygotowane kanapki.
Domyśliłem się, że chyba rozpoczął się zlot jakichś pasjonatów indiańskiej kultury. Wspólnie stawiali tipi. Byli jeszcze w proszku. W sumie to chodzili i planowali, kto, gdzie będzie się budował.
Przez moment zastanawiałem się czy zostać na noc i poznać ich lepiej. Pewnie nie mieliby nic przeciwko gdybym i ja rozbił moje małe tipi w bliskim ich sąsiedztwie, ale wzywała mnie droga. Mój cel był daleko. I właśnie to ‚daleko’ spowodowało, że wsiadłem na moto i ruszyłem przed siebie.

Dalsza droga upływała mi tak jak lubię. Odwzajemniałem pozdrowienia tych, co pozdrawiali mnie, machałem dzieciakom, które radośnie machały do mnie, śpiewałem sobie piosenki i opowiadałem różne historie mojemu towarzyszowi podróży.
Zsiadałem z motocykla, żeby go zatankować, lub uzupełnić brakujące napoje w bukłaku.

Zapadała noc. Jechało mi się bajecznie. Do celu miałem jakieś 120 km. Przejechałem ponad 550 km i generalnie mogłem jechać dalej, ale postanowiłem znaleźć nocleg i odpocząć przed kolejnym dniem.
Zjechałem z S3 w kierunku miejscowości Pyrzyce. Jechałem bez planu, ale miałem pomysł. Wymyśliłem, że podjadę do jakiejś posesji i pewnie ktoś pozwoli mi rozbić namiot u siebie… ja nie miałbym nic przeciwko, gdyby taki, motocyklowy włóczykij zapukam do mych bram.
W miejscowości Łozice czułem się nie swojo. Było jakoś tak wrogo. Miejscowość Rokity, źle mi się skojarzyła, więc od razu pojechałem dalej.
Przed samymi Pyrzycami znalazłem dość bogato wyglądającą posesję, więc zagaiłem o kawałek trawnika pod mój namiot. Jakież było moje zdziwienie, kiedy pani bez mrugnięcia oka odpowiedziała, że trawa rośnie wszędzie i żebym poszukał jej gdzie indziej… to się nazywa asertywność :-)
Bez żalu pojechałem dalej w pola. Po ponad kilometrowym offie, w zupełnych ciemnościach wyłączyłem motocykl. Kompletnie nie podobała mi się sytuacja. W świetle latarki szukałem jakiegoś, fajnego skrawka ziemi. Nie było takiego. Nagle usłyszałem galop w moim kierunku. Zacząłem nerwowo szperać latarką w pustej ciemności. Nic nie widziałem. Galop nie ustawał. Coś biegło w moją stronę, stosunkowo ciężkiego.
Wyciągnąłem nóż i spodziewałem się… w sumie nie wiem czego. Pomyślałem, że pewnie to jeleń, tylko dlaczego to głupie bydle idzie prosto na mnie? Miałem na sobie motocyklowy mundur, który wypchany jest ochraniaczami, kask na łbie, nóż w ręce i latarkę. Wiedziałem, że tanio skóry nie oddam.
Tętent nasilał się jakby odmierzał czas do tego, co mnie zaraz spotka. Wtem z jakiegoś powodu, zwierzę delikatnie odbiło i minęło mnie w odległości ok. 10 m. Do tej pory nie wiem co to było.
Stałem jak wryty i wiedziałem, że tam nie będę spał, że wsłuchując się w galopy i inne tajemnicze odgłosy sprawa skończy się jakimś szaleństwem. Wsiadłem na moto i wróciłem na drogę asfaltową.
Dziwne, ale nie panikowałem. Jechałem bez planu, ale ze świadomością, że zaraz wydarzy się coś fajnego.
Przejechałem Pyrzyce i wolno przemierzając drogę, szukałem tego czegoś.
Skręciłem w prawo. To bez znaczenia, czy skręca się w prawo, w lewo, czy jedzie się prosto. Żeby tylko nie wracać. Powrót działa destrukcyjne.
Przy drodze stali dwaj, wydziargani, dobrze zbudowani kolesie. To był prawie środek nocy. Grzeczni ludzie o tej porze śpią, więc do wyboru miałem samych niegrzecznych.

– macie jakiś bezpieczny kawałek trawy, na którym ustawię namiot? – zagaiłem.
Chłopaki popatrzyli na mnie, na motocykl i skierowali mnie na ponoć fajne miejsce nad wodą. Faktycznie. Na pierwszy rzut oka (choć panowała istna ciemność) wydawało się bezpiecznie i fajnie.
Podczas planowania mojego pobytu w tym miejscu, zastanawiałem się, że złamałem ogromną ilość zasad bezpiecznego noclegowania na dziko. Goście, którzy polecili mi to miejsce, mimo groźnego wyglądu, w oczach mieli coś przyjacielskiego, więc postanowiłem zaryzykować.

Rozbiłem namiot.
Zanim zamknąłem oczy, odbyłem bliskie spotkanie z ogromnym kosiarzem pospolitym (zwyczajnym) z rodziny pajęczaków. Nie wiem jak bydle dostało się do sypialni, bo przecież jest tak skonstruowana, żeby mali pożeracze ludzi zostali poza moskitierą. Widocznie wniosłem go na własnych barkach. Delikatnie (bo to niezwykle krucha istota) wyprosiłem potwora z pomieszczenia. Okazało się, że po zewnętrznej stronie moskitiery takich delikwentów było jeszcze z dziesięciu. Ja wabiłem komary, które siadały na ścianach sypialni, stając się łupem czekających na nie opasłych pajęczaków. Fajnie pomyślałem. Darmowa ochrona antykomarowa. Nie będzie mi nic bzyczeć podczas snu :-)

Traska… tylko fragment, bo znaczna jej część była przewidywalna.

>>> KLIKNIJ  MAPA <<<