kielce-mójcza-suków… czyli lasy, pola i swawola

To co się wydarzyło w pewną niedzielę nadaje sens mojemu życiu.
Nie potrafię opisać jak bardzo lubię wyprawy z moim synem. Pewnego dnia dołączy do nas Lakaka. Potem Miko wybierze własną drogę. A jeszcze później swój szlak odnajdzie Natasza. Wtedy zostaniemy z Ukochaną sami, z głową pełną wspomnień. Ehhh… życie…
Ale żeby tych wspomnień mieć bez liku, trzeba je naprodukować. Ja i kilku podobnie myślących tatusiów, zabraliśmy nasze pociechy na delikatny, rowerowy off-road.

Spotkaliśmy się w umówionym miejscu.
Pozytywnie zaskoczył mnie rozmiar grupy, to że jest nas coraz więcej. Każdy z miłością w sercu do dwóch kółek.

Na początek trachnęliśmy sobie ‚strażacki’ strzał…

200

Ja służyłem jako statyw, więc na drugim ‚strażaku’ byłem smutnym samotnikiem.

201

Dzień przed wyprawą zakończyły się wielodniowe opady deszczu. Spodziewaliśmy się, że do domu wrócimy troszeczkę ‚upstrokaceni’.

202

Trasa przewidywała przeprawę przez Lubrzankę w okolicach Mójczy, ale stan wody był na tyle wysoki, że o przejściu nie było mowy. Musieliśmy modyfikować plan na bieżąco.

230

203

204

205

206

207

208

Oczywiście, punktem najważniejszym każdej, naszej przygody jest ognisko. To chwila, w której siedzimy sobie i opowiadamy różne historie. To bezcenny czas, nie tylko dla nas – wapniaków, ale i dla dzieciaków.

209

210

Ciekawostką jest fakt, że do naszej bandy dołączyły dziewczyny. Z miejsca stały się wisienkami na rowerowym torcie.

Dziewczyny są twarde i nie wystraszyła je nazwa naszej tajnej grupy ;-)

211

Na ognicho wpadł nieproszony gość… jakiś miejscowy składak. Zawładną sercami młodych rowerzystów. Został obdarowany sporą ilością miłości i kiełbachy.

212

213

Tego dnia z ogniem mieliśmy mały problem. Jak wspomniałem wcześniej, przez wiele dni padał deszcz. Kszaczory były przesiąknięte wodą na wskroś. Mocno zlekceważyłem ten fakt, czego wynikiem były problemy. Poradziliśmy sobie z tym, bo miechy w naszych klatach mają porządne objętości. Niemniej, wystarczyło trochę dostosować działania do panujących warunków i byłoby z górki.

214

Dalej to już jazda i piękne kręcenie nogami… głównie po lesie. Czyli raj!
Zachwyceni otoczeniem musieliśmy sobie cyknąć kolejnego ‚strażaka’.

215

Drogi po lesie są relaksujące, więc czasem można sobie pozwolić na ‚niekrępującą’ drzemkę.

216

Kilka ciekawostek z trasy.

217

218

219

220

221

222

223

Dzieciaki spisały się wyśmienicie… trochę marudziły, ale dały radę.
Niemniej, bohaterem tej wyprawy był mały Tadeusz.

224

Z każdą wyprawą mnie zaskakuje. Wsiada na rower i nic nie mówi, tylko jedzie. Jego mały rower totalnie się nie nadaje, żeby pokonywać odcinki ponad 30 kilometrowe w terenie, a jednak on udowadnia, że tak!!!

Za przejechanie tej, w sumie wymagającej trasy, ja i Wito postawiliśmy naszym chłopakom zabawę w parku linowym.

225

226

Na koniec kapliczka tej wyprawy…

227

… i traska.

>>> KLIKNIJ  MAPA <<<