szlakiem orlich gniazd

Dłuuuugi łyk-end.
Ukochana postanowiła podarować mi gwiazdkę z nieba. Taką gwiazdką dla mnie jest wypadodzień. Dwa wypadotygodnie to już superstar, ale na taki prezent, to jeszcze sobie nie zasłużyłem.
Przyznam się, że gdy dostaję taki dar od Ukochanej to zaraz mam kilka pomysłów na przygodę.
W zależności od tego jakim dysonuję czasem i jaka pogoda jest za oknem, buduję odpowiedni scenariusz wyprawy. Nie zastanawiam się co tu zrobić, bo na to poświęcam długie, zimowe wieczory. Biorę odpowiedni owoc z koszyka i zjadam go, delektując się każdą chwilą.
Na tapetę wyłożyłem wyjazd do Auschwitz-Berkenau, zwiedzanie familoków na Śląsku, zwiedzanie starych podwórek w Łodzi, szybki wypad do Kazimierza Dolnego i przejazd Szlakiem Orlich Gniazd na Jurze.
Tego dnia świeciło słońce i było stosunkowo ciepło, więc ostatni pomysł był jak znalazł.
Dzień drogowy spędziłem w towarzystwie mojego wiernego kompana – Szerszenia.
Bez cackania się na bocznych drogach dojechałem głównymi arteriami do miejscowości Skała, gdzie znajduje się nieopodal Ojcowski Park Narodowy.

150

W Ojcowie pyknąłem fotkę pierwszego, orlego gniazda i ruszyłem na poszukiwanie kolejnych.

151

Byłem już w tym miejscu na rowerze, więc wiedziałem czego się spodziewać. Wijąca się w dolinie droga, ograniczona dookoła wzniesieniami ze skał pokrytych drzewami sama się rekomenduje. Jedyne co trzeba robić to jechać, wdychać, rozglądać się i chłonąć atmosferę.

152

153

W Pieskowej Skale i Ojcowie turystów było zatrzęsienie. Długie łyk-endy nie są najlepszym okresem na zwiedzanie takich miejsc.
Już wiem, że tu wrócę z Mikim na ostre rowerowanie i to bezwzględnie w tym roku.

Kolejnym punktem na Szlaku Orlich Gniazd był Zamek Rabsztyn.

154

Tu już było normalnie, czyli tolerowana ilość ludu. Nie wdrapywałem się na zamek, bo bardziej od ruin wolałem drogę, a tej byłem cholernie głodny.
Zanim dotarłem do kolejnej, średniowiecznej atrakcji, musiałem się koniecznie zatrzymać i obejrzeć dworzec PKP Jaroszowiec.

155

To zabawne… budowle takie jak ten dworzec zmuszają mnie do zatrzymania, zejścia z motocykla, przebadania miejsca na wskroś, a średniowieczne ruiny już nie. Zamki traktuję jako wypełniacz krajobrazu. Nie ma w nich zapachów i klimatu. To co zostało po nich, to tylko kamsztory sklejone jakimś spoiwem. Po prostu są i jest fajnie.
Za to budynki takie jak ten dworzec, to już inna bajka.
Nadal czuć klimat, zapachy. Czuć życie, które gaśnie w tych budowlach. One jeszcze mówią, czasem płaczą… oznajmiają o swoim konaniu. Nie wiem dlaczego jest to takie piękne.
Na szczęście nie jestem jedynym, tak porąbanym człowiekiem.
Kiedy próbowałem się dostać do wnętrza tego dworca zatrzymał się innym człowiek drogowy. Ten jechał na rowerze.

156

157

Pierwsze słowa jakie wydobył z siebie Paweł (bo tak miał na imię) podczas parkowania swojej kózki brzmiały: o nie… żadnemu dworcowi nie przepuszczę.
W sekundzie się zgadaliśmy. Swój do swego zawsze ciągnie. Gęby nam się nie zamykały podczas opowieści, kto gdzie był i jak sobie radzi w drodze.
Paweł to już doświadczony podróżnik. Śpi na dziko. Rower obładowany elektroniką jest dla niego towarzyszem przygód i domem. Opowiedział mi o swoich trikach jakie stosuje podczas szukania noclegu na dziko. Chociaż Paweł jest zapalonym rowerzystą, to Szerszeń przykuł jego spojrzenie. Zastanawiał się jak podróżuje się motocyklem po świecie i że chyba go na to nie stać. Opowiedziałem mu, że ktoś, kiedyś wyliczył, że podróż rowerem dookoła świata kosztuje 15 zł na dobę, a motocyklem 80 zł. Gdyby się nad tym zastanowić, to nie do końca tak jest. Rowerzysta płaci 15 zł za przejechanie 60-100 km dziennie, w zależności od ułożenia terenu i atrakcji w podróży. Motocyklista przejedzie w tym czasie 200-400 km. Rowerzysta musi wchłonąć większą ilość energii co kosztuje, a motocyklista… no cóż… ja czasem mógłbym nic nie jeść… mam lepsze zajęcie podczas jazdy motorem, niż konieczne wypełnianie żołądka. Za to Szerszeń… ten jeść musi. Na szczęście tylko 3,5 l. benzyny na 100 km. Niemniej, czy to rowerzyści, czy motocykliści, kiedy są w podróży, łączy ich jedna pasja – droga.
Z Pawłem przegadaliśmy półgodziny, a moglibyśmy wieczność, ale wzywała nas droga, więc skierowaliśmy się w stronę Bydlina. On swoim, rowerowym tempem, a ja motocyklowym. Na rozchodniaka walnęliśmy sobie pamiątkowe foto.

158

Żeby obejrzeć zamek w Bydlinie trzeba się pofatygować. Nie da się tego zrobić z ulicy. Jest na górce, osłonięty sporą ilością drzew.

159

160

Kolejnym przystankiem był zamek w Smoleniu. Ten także mieści się na górce, ukryty w gęstym lasie.
Lipy nie ma… trzeba było zejść z motoru, wdrapać się na stromizny, ubrany w skorupy, które w słońcu wytapiają skutecznie tłuszcz zalegający pod skórą.
Akurat w Smoleniu warto podjąć ten trud, bo zamek zaczyna przypominać historyczną budowlę.

161

162

163

U podnóża zamku odbywał się jakiś piknik rodzinny.

164

W sumie nic ciekawego, ale panowała fajna atmosfera. Ognisko, grill, osoby grające w ringo, śpiewy. Po prostu miło się patrzyło.
Zamek w Ogrodzieńcu to już ‚must see’. Tego nie wolno przegapić.

165

Żeby dostać się do zamku, trzeba przekroczyć masę bramek na których traci się finanse, narazić na wszechobecną cepeliadę i komerchę. Taki łyk-end, to sezon ogórkowy dla miejscowej gawiedzi.
Na szczęście zamek jest dobrze wyeksponowany, więc utrwalenie go na karcie aparatu zajmuje około 1/200 sekundy, bez dużego nakładu sił.
Po drodze do zamku w Bąkowcu obejrzałem sobie skałę Okiennik.

166

Fajne miejsce dla skalnych łazików.
Do Bąkowca trzeba zaliczyć mały off-road.

167

Być może jest łatwiejszy dojazd, ale ja takiego nie znam, więc chętnie przećwiczyłem swoje marne umiejętności poruszania się motocyklem po drogach szutrowych.

Robiło się późno. Postanowiłem, że ostatnim zamkiem jaki odwiedzę na Szlaku Orlich Gniazd będzie zamek w Mirowie.

168

Kiedy byłem tu ostatnim razem, nie było pusto, lecz znośnie. Natomiast, tego dnia miałem problem z zaparkowaniem motocykla. To śmieszne, bo motocykl można wcisnąć prawie wszędzie. Ale w ten łyk-end każda wolna powierzchnia była zajęta przez miliard samochodów, które przywiozły pierdylion turystów i handlarzy pamiątkami.
Żeby wykonać pamiątkowy strzał bez ludzi, musiałem poczekać dobre 10 minut. Ale udało się.
Zamek w Bobolicach, który stoi rzut kamieniem od Mirowa wymagał ruszania nogami. Odpuściłem. Wolałem poruszać manetką gazu.

W powrotnej drodze do domu napatoczyły mi się jeszcze dwie atrakcje… takie wisienki na torcie. Jedna, to dom w częściowym stanie rozkładu…

169

… a druga, to stary, opuszczony młyn. Pomyślałem o nowo poznanym Pawle… żadnemu, staremu i opuszczonemu młynowi nie przepuszczę :-)

170

171

172

173

W czasie tej podróży mogłem sycić się bogactwem zapachów. Królowały: rzepak, skoszona trawa i grill. Były i inne, ale te trzy rządziły.
Gdy tak wąchałem sobie te cudowności, pomyślałem, że Grzelek pewnie zorganizował grilla, że udam się do niego niby przejazdem, wproszę się na bibę i w ten oto sposób zakończę perfekcyjnie dzień.
Ale Grzelek miał lepsze zajęcie niż usługiwanie motocyklowemu przybłędzie. Otóż, kupił sobie tokarkę i ćwiczył obróbkę metalowych wałków.

174

175

Grzelek wyglądał jak stary fachura… pet w gębie, wkoło wióry lecą… bajka :-)

Kapliczka tej wyprawy… Figura Matki Bożej z Lourdes – Ojców

176

… i traska.

>>> KLIKNIJ  MAPA <<<