nocne wycie wilków 3 – szczęście

Tak… to już trzecie, nocne, rowerowe spotkanie.
Tym razem pojawiło się aż czternastu śmiałków.
Osobiście, to przebieram nogami oczekując na nasze mroczne wyprawy. Jest to przygoda w większości psiaków zerwanych z łańcuchów (przynajmniej mogę tak określić siebie), które są cholerne głodne takich przygód… a dzieją się one już od pierwszych chwil spotkania.

Niestety, nie mam strażackiego strzału, tak jak nie mam kilku fot, które wykonałem w pociągu. Nie mam też utrwalonego na karcie aparatu momentu, kiedy Grzelek wsiadał do pociągu dzierżąc w łapach rower w częściach… biedak nie miał czasu poskładać go do kupy.
Istotnie, foty robiłem jak oszalały, tylko nie rejestrowały się na karcie, która oddalona była ode mnie jakieś 30 km.
Dobrze, że po kilku zdjęciach chciałem zobaczyć próbne ustawienia. Wtedy wyszło na jaw, że zdjęcia ulatywały w przestrzeń zapomnienia.
Na szczęście, kilometr od strefy naszego zrzutu, teściowie Bachusa mieli luźna kartę SD – to było szczęście nr 1.

102

Na szczęście kilka fot wykonał Piotrek S-G – to było szczęście nr 2.

100

101

Piotrek S-G pobrał z puli kolejne szczęście. Kiedy dziarsko przemierzaliśmy rzeczkę, Piotrek na śliskich płytach utracił równowagę, nie wypiął się z SPD i dał porządnego nura.

103

104

Na szczęście, każdy z nas nie mając pojęcia jak się ubrać w tę noc, bo było niby zimno, niby ciepło, pozabierał dodatkowe okrycia, z których udało się skompletować pełny mundur dla naszego pływaka – szczęście nr 3.

Szczęście nr 4 pobrali Wito i Bartek.
Kiedy zaliczaliśmy szybki zjazd (40 km/h) asfaltem, po moim przejeździe jakaś zdziwiona sarenka postanowiła przywitać się rowerzystami i wyskoczyła pod koła Witkowi i Bartkowi. Na szczęście, zrobiła to na tyle wcześnie, że chłopaki zdążyli wyhamować.
Tych szczęść pewnie było jeszcze parę, ale o nich wie tylko dobry Bóg.

105

106

107

Uzupełnienie szlachetnych płynów na stacji paliw.

108

Szczęśliwa przeprawa przez rzeczkę dla tych, co trochę szczęścia mieli ze sobą ;-)

109

110

W nocy posiłkowaliśmy się urządzeniami GPS.

111

Miałem mapę w wersji papierowej, ale nocą nie widać punktów odniesienia, więc bez GPS wyprawa off-road mogłaby być bez sensu.
Chociaż byliśmy wspierani przez gadżety, to nie uniknęliśmy półkilometrowego dreptu, dreptu przez błotka.

112

Prawda o otoczeniu kopalń jest taka, że zmienia się ono z dnia na dzień. Nasze mapy straciły ważność zaraz po wejściu w życie, więc byliśmy zmuszeni przemaszerować środkiem kopalni Miedzianka.

113

114

115_1

Krajobraz jak na Marsie. Żałuję, że nie odwiedziliśmy wyrobiska. To już byłaby wisienka na torcie i pewnie delikatna przesada.
Śmialiśmy się, że ochrona w najczarniejszych swych koszmarach nie wyśniła czternastoosobowej grupy rowerzystów, paradujących sobie wśród wozideł o wielgachnych kołach.
Gdy dotarliśmy do bramy wyjazdowej, panowie nie byli na nas wkurzeni. Widok tylu wariatów w środku nocy nie może wkurzać. Niemniej, opowiadali o znakach ostrzegawczych, które my staraliśmy się nie dostrzegać.

Innym ciekawym wydarzeniem był spacer przez prywatną posesję o 1:00 w nocy. Było to po błotnej przeprawie. Postanowiliśmy zboczyć ze szlaku i jakkolwiek dotrzeć do asfaltów. Na drodze do szczęścia stanęły nam zwarto ustawione posesje. Wybór pomiędzy powrotem w błocka, a marszem przez czyjeś podwórko był oczywisty. Pies, który pełnił rolę stróża (owczarek niemiecki w klatce) na widok takiego tłumu nawet nie protestował. Wystraszona właścicielka wyskoczyła na balkon i z przerażeniem pytała o co chodzi. Grzecznie jej wyjaśniliśmy naszą sytuację, przeprosiliśmy za delikatny stres i podziękowaliśmy na wymuszoną gościnę. Zastanawiałem się, jak ja bym zareagował w takiej sytuacji??

Potem to już tradycyjne ognicho.

116

117

118

To chwila, w której siedzimy, popijamy płyny i bawimy się opowieściami z życia. Dla mnie najcenniejsza część naszych rowerowych spotkań.

Kapliczka tej wyprawy…

119

… i traska.

>>> KLIKNIJ  MAPA <<<