nocne rowerowanie

Mówi się, że nie ważne gdzie, ale z kim. Kiedy nie ma z kim, to gdzie wychodzi na pierwszy plan, ale to już inna opowieść.

Przez cały poprzedni tydzień słońce świeciło jak oszalałe. Hmmm… zawsze świeci, ale wiadomo co chcę powiedzieć.
Mnie ciągle coś wypadało i nie udało mi się korzystać z tego dobrodziejstwa.
Nastąpił piątek. Wszystkie prognozy pogodowe huczały, że od soboty zagości na moment plucha.
Kurcze… czułem, że znowu odwlecze się możliwość spędzenia czasu na rowerowym siodle.
Wykonałem szybki telefon do Witka i Wojtka. Przy jakiejś okazji Wojtek opowiedział, że jazda na rowerze w środku nocy to cholernie fajne przeżycie.
Chłopaki załapali temat. Podzwoniliśmy tu i ówdzie. Udało się zebrać ekipę składającą się z ośmiu osób.

100

Zbiórka odbyła się o 22:00, przy muszli koncertowej w kielecki parku miejskim.
Ustaliliśmy plan działania i pognaliśmy do sklepu uzupełnić braki w ekwipunku.

101

102

fot. Grzegorz Bętkowski

Na początek objechaliśmy Kielce, tak żeby nastukać kilometrów. Zmęczenie dopadło nas dziwnie szybko i musieliśmy obok zalewu zrobić krótką przerwę na uzupełnienie płynów w organizmie ;-)

103

104

fot. Grzegorz Bętkowski

Dojechaliśmy na jeden z pików kieleckiej korony (Kadzielnia) żeby stwierdzić, że znowu się zmęczyliśmy ;-)

105

106

fot. Grzegorz Bętkowski

OLYMPUS DIGITAL CAMERA

fot. Tomasz Siudak

Muszę przyznać, że stanowiliśmy nie lada zjawisko w mieście. Co rusz jakieś grupki młodzieży, gdy nas zauważyły, wznosiły okrzyki aprobaty. My ich pozdrawialiśmy i jechaliśmy dalej.
W lesie, na stadionie, nasze gęby promieniały dziecięcą radością.
Jechaliśmy i nie mogliśmy się nacieszyć atmosferą panującą w grupie. Mieliśmy świadomość, że uczestniczymy w niezwykłej przygodzie.

108

fot. Grzegorz Bętkowski

Jakoś tak grubo po północy, kiedy pokonaliśmy wstydliwe statystyki poczuliśmy, że teraz to musimy odpocząć na dobre. Znaleźliśmy przeuroczy zakątek oświetlony pełnią księżyca.

109

fot. Grzegorz Bętkowski

Przy takiej ilości chłopa, drewno na ogień pojawiło się w sekundzie.
Na kij powędrowała kiełba okraszona kiszonym ogóreczkiem.

110

111

fot. Grzegorz Bętkowski

Tematy się nie kończyły. Śmiechoterapię zaliczyliśmy w dawce na najbliższe 5 lat. Moglibyśmy tak sobie siedzieć i gawędzić wspólnie, ale znać dały o sobie nasze ukochane… jakby czuły, że za dobrze się bawimy ;-)

Przystanek ostatni, to stacja – rozchodniaczek.

112

113

Jedni pojechali nabić delikatnie licznik, a inni potulnie wrócili do domków.

Na koniec chcę napisać jedno. Przygoda stosunkowo krótka, spontaniczna, żywiołowa. Dla mnie jedna z lepszych jakie przeżyłem w życiu.
Chóralnie stwierdziliśmy, że była pierwsza, ale nie jedyna :-)

 

P.s. Śladu traski nie podaję, bo jest bez znaczenia… i z innych powodów.