kielecka korona

wpis z cyklu ‚nadrabiam zaległości w pisaniu’.

To było 15 grudnia – niedziela. Zaraz po wytopieniu się pierwszego śniegu i jak okazuje się dziś, jedynego.
Zawodowo przeżywałem gorący okres. Pomijam fakt, że spałem wtedy po kilka godzin dziennie, to zdarzało się zahaczać i niedzielę, co klasyfikuję jako osobisty upadek.
Dzień wcześniej pojawił się w moim domu Wito. Wpadł na dosłownie moment.
Historia Wita przetoczyła się kilkakrotnie przez mój blog. Niemniej, dla przypomnienia napiszę, że Wito miał kilka rowerków w swoim życiu, lecz te skończyły marnie.
Ktoś uznał, że finansowanie rowerowej pasji Witka jest bezcelowe, więc biedak przerzucił się na haratanie w gałę.
Po latach samobójczej walki na boiskach, stan szkieletu kostnego mojego bohatera stanął na krawędzi rozpadu. Wito musiał znaleźć sportową pasję, która nie uczyni z niego kaleki. Dodam, że taka nie istnieje jeśli chodzi o Wiktora, ale coś znaleźć musiał.
Wybierając najmniejsze zło, wykiełkowało nasionko zasiane ok. 3 lata temu…

kliknij >>> Wiktorowe nasionko pasji <<<

Jakoś wiosną 2013 stanął aluminiowy rumak w Wiktorowym domu. Oczywiście słowo ‚stanął’ jest tylko przenośnią, ponieważ ów rumak zadręczany jest codziennie, nawijając kilometry na koła bez względu na warunki atmosferyczne.
Tym sposobem, Witek stał się poważnym motywatorem do tego, aby nie zaniedbywać mocno zakurzonych własnych rumaków… przynajmniej dla mnie.
Aby przyłączyć się do Witkowych wypraw, trzeba wstawić się w niedzielę w umówionym miejscu, o nieprzyzwoitej porze, czyli o 7:00 rano.
Na umówionym punkcie wstawiłem się ja, Wito i Piotrek.
Zaproponowałem chłopakom przejażdżkę po stosunkowo krótkiej trasie, ale konkretnej. Nazwałem ją kiedyś ‚kielecka korona’.

Zjadanie korony zaczęliśmy od zdobycia Karczówki.

44

Kolejnym, charakterystycznym pikiem korony na naszej trasie była Kadzielnia.

43

Troszkę błądzenia w krzaczorach i pojawiliśmy się na Wietrzni.

42

Od tego momentu skończyła się zabawa.
Poza tylną, największą zębatką i najmniejszą przednią, reszta była bezużyteczna. Zaczęła się ostra wspinaczka. Najpierw Telegraf.

41

…a potem Skocznia.

40

Nie mówiliśmy do siebie zbyt wiele na tym odcinku. Każdy walczył z piekącym bólem mięśni w nogach, ze swoimi słabościami, z wewnętrznym głosem, który nakazywał zejść z roweru i odpuścić. Nie wiem jak u chłopaków, ale mój pulsometr wariował. Czułem, że moje małe płucka przyjęły od mózgu zbyt wygórowane zapotrzebowanie na tlen. Ciężko było, ale każdy z nas z przyklejonym bananem na mordzie mógł być dumny z siebie.

Potem to już dłuuuugi zjazd na Białogon i powrót do domu.
Żeby tak konkretnie zamknąć ‚kielecką koronę’ przydałaby się wspinaczka na Patrol. Niestety, wyznaczony czas przez naszych współdomowników skończył się. Korona jest niedopięta, i trzeba wszystko zaczynać od początku, co mnie absolutnie nie smuci :-)

Trasa tego dnia.

>>> KLIKNIJ  MAPA <<<

A na koniec – kapliczka tej wyprawy.

45