wenecja cz. 2

Dzień 2

Pierwszy raz przebudziłem się o 6:00 rano. Było ciemno, więc zamknąłem oczy i otworzyłem na nowo dwie godziny później.
Leniwie wyczołgałem się z samochodu, aby podziwiać otaczający mnie widok.
W nocy spałem jak dziecko. Wystarczyły dwa śpiwory, mimo uchylonych okien i niskiej temperatury otoczenia (ok. 0 st. C).
Utrzymanie higieny jamy ustnej nie było możliwe, ponieważ standardowo nie spakowałem szczoteczki do zębów.
Pechowo, z chmur, które nisko wisiały nad doliną Tarvisio mocno rozpadał się deszcz, więc z bajecznych widoków Alp były nici :-(
Zakupiłem brakujący element wyposażenia i wróciłem na autostradę w kierunku środka Italii. Tuż obok Wenecji zjechałem z autostrady. Dalej, w kierunku Livorno gnałem zwykłymi drogami.
Trzeba wiedzieć, że autostrady we Włoszech są piekielnie drogie, a poza tym, chciałem trochę liznąć północnej części Włoch.
Gdy tak sobie już jechałem, dopadło mnie silne uczucie, że mijam coś ważnego. Nie planowałem pobytu w Wenecji. Przeczytałem kilka relacji doświadczonych podróżników o tym, że to miejsce, to nic specjalnego. Tłum ludzi, śmierdzące kanały, obdzieranie turystów z kasy itd.
Z drugiej strony, jednym z pierwszych moich marzeń o podróżach była wyprawa do Wenecji.
Zatrzymałem samochód.
Nawigacja wskazała, że do Wenecji jest tylko 30 km.
Słodka myśl o spędzonych w Wenecji trzech dniach zajęła cały obszar mózgu.
– kiedy może się coś takiego nadarzyć?? Może nigdy!?
Hasła takie jak: chwytaj dzień – właśnie w takich chwilach ukazują swój sens.
Zawróciłem samochód z lekkim sercem. Zbliżałem się do bajkowej wyspy bez planu, bez wiedzy, za to skończyły się opady deszczu.
Przypomniałem sobie, że parkingi w Wenecji są cholernie drogie. Koszt postoju przez 24h to ok. 40 euro. Wpadłem na pomysł, że wykażę się polskim cwaniactwem i za parkowanie nie zapłacę nawet eurocenta.
Pamiętajcie… chytry dwa razy traci.
Przez ponad dwie godziny szukałem bezpiecznego – darmowego miejsca dla auta. Transport na wyspę kosztował mnie 5 euro i zmarnowałem na niego kolejne godziny. Dzięki swojej ‚przebiegłości’ Wenecję zwiedzałem o zmierzchu, zmęczony i głodny. DNO!!!

Ale znalazłem się w Wenecji.
Od wyjścia z autobusu udzieliła mi się atmosfera tego miejsca.
Czułem, że uczestniczę w wielkim wydarzeniu mojego życia.
Odkrywając kolejne zakamarki wyspy przeżywałem radość małego dziecka.

2

3

Wiedziałem, że wielkie zwiedzanie jest przede mną. Tego dnia nastawiłem się tylko na ogarnięcie tego miejsca, na zaplanowanie pobytu.

To była niedziela. Postanowiłem odwiedzić Pana.
W katedrze św. Marka nie było opcji na spokojną rozmowę, ale w weneckim kościele San Zulian akurat trafiłem na początek mszy. W budynku było może z 15 osób, gdzie za drzwiami przetaczały się tysiące. Ogromny kontrast. Widać było po relacji parafianie – ksiądz, że wszyscy się znają.
Wspaniałe doznanie. Jako, że jestem stałym bywalcem polskich kościołów, kompletnie nie miałem problemów ze zrozumieniem tego co się dzieje. Nawet kazanie zrozumiałem. Wkoło czułem ciepło płynące od ludzi. Przekazanie znaku pokoju nie ograniczało się do beznadziejnego kiwania głową, lecz serdecznej wymiany uścisku rąk. Czułem się jak w domu.

Po wyjściu z kościoła, w jednej z bocznych uliczek znalazł ogromny kawał pizzy za 2,50 euro, więc to nie mogła być ta słynna wenecka drożyzna. Dzięki WiFi, które jest niemal wszechobecne znalazłem wymarzone miejsce na nocleg. Priorytetem był dostęp do morza.
Do niezwykle przebiegle ustawionego samochodu, dotarłem po ponad godzinnej przygodzie. Wsiadłem do autobusu nr 5, ale nie do tej piątki co powinienem, tylko do innej. Trzeba wiedzieć, że do Wenecji przyjeżdżają dwa autobusy linii nr 5. Co kraj to obyczaj.
W Jesolo (miejscowość wytropiona w internecie) przywitałem się na szybko z morzem i poszedłem spać.

Trasa tego dnia – żenada :-(

>>> KLIKNIJ  MAPA <<<

Dzień 3

Jesolo, to nadmorska miejscowość położona na ponad 20 kilometrowym, piaszczystym wybrzeżu.
30 grudnia Jesolo wydawało się być mroczne. Zamknięte hotele z zakrytymi oknami wiały klimatem z filmu ‚Lśnienie’ z Jackiem Nicholsonem. Mnie to pasowało :-)

Tego dnia spałem do 9:00 rano. Leżąc obmyśliłem nowy plan – Nicnierobienie!!!
Czułem się doskonale. Po wytoczeniu się z samochodu, zabrałem leżak, owsiankę, aparat i poszedłem na plażę.
Słońce miziało mnie swoimi promieniami po twarzy.

6

Wkoło ani jednej żywej duszy. Owsianka z potężną porcją kakao, czekoladowy baton i patrzenie w dal. Już dawno nie czułem się tak zrelaksowany…

7

Nicnierobienie jest fajne, ale na krótką metę. Przynajmniej dla mnie. Posiedziałem, podelektowałem się spokojem i mi przeszło.
Siedząc w leżaku ustaliłem, że tego dnia muszę wziąć prysznic. W podróży z kąpielą raczej nie przesadzam, no ale i taka chwila musi nastąpić, co by mnie muchy nie zeżarły. Lecz tę radość zostawiłem sobie na wieczór.
Założenie tej wyprawy to filmowanie. Aparat mogłem użyć tylko w uzasadnionych przypadkach. Jak do tej pory miałem niewiele materiału filmowego, więc wsiadłem do samochodu i uzupełniałem pakiet ujęć drogowych.
Po tak ‚męczącym’ zajęciu, pojechałem na koniec plaży, aby upichcić proszkowaną zupę grochową i cebulową, z deserem w postaci kolejnego czekoladowego batonu, wafelka i zielonej herbaty. Wszystko to w niecodziennym i zjawiskowym otoczeniu.

5

Gdy słońce chyliło się ku zachodowi, walcząc ze sobą, wyciągnąłem aparat i wykonałem kiczowate strzały plażowe.

4

8

Mam cholerny problem z tym filmowaniem. Chciałbym w to wejść głęboko, ale naturalniej czuję się z aparatem w dłoni. Nie umiem wykorzystać magii ukrytej w kamerze, więc moje filmy są, jakie są. Ale nie poddaję się.

Zapadły ciemności.
Z samochodu wyciągnąłem ręcznik, kosmetyczkę i poszedłem na poszukiwanie prysznica.
Wstąpiłem do jakiejś siłowni i wypytuję człowieka o możliwość zażycia kąpieli.
Człowiek mi na to, że on nie czai inglese.
Zaczęły się kalambury…
Ów człowiek: aaaaa doccia…
Ja na to, że nie parle italiano i że chyba doccia…
Człowiek spojrzał na mnie. W oczach było widać, że nie zachwyciłem go moimi odwiedzinami, po czym powiedział: cinque minuti… schnell!!!

Pełen radości i lżejszy o warstwę ochronną, poszedłem na nocny spacer po plaży.
Czułem się nieswojo. Co dziesiąty (może) hotel emitował jakieś światło, lecz generalnie panowały egipskie ciemności.
Zrozumiałem co czuje ktoś, kto wyjeżdża za chlebem na wyspy, czy gdziekolwiek. Noc to stosunkowo depresyjny czas w podróży, zwłaszcza w takiej tułaczej. Jest to pora, w której należy się wygasić w swoim, bezpiecznym miejscu. Ja już nauczyłem się z tym radzić. Rozmowy z Ukochaną, dziećmi, planowanie kolejnych etapów wyprawy – niezbyt ambitnych celów itd.

Dotarłem do centrum miasteczka. Przechadzając się ulicami, poszukiwałem dostępnej strefy WiFi.
Gdy taką znalazłem, sprowadziłem cały swój kram i rozpocząłem planowanie pobytu w Wenecji. Przy okazji dorwałem Witka na FB, więc też z nim trochę pogadałem.
Wróciłem na miejsce obozowe, które odkryłem poprzedniej nocy. Odpaliłem motocyklowy film o podróży po RPA, otworzyłem butelkę włoskiego piwa, która walała się po samochodzie od trzech dni i tak zakończyłem dzień… dzień, który wielu mogłoby uznać za zmarnowany czas. Dla mnie był on kalibracją umysłu i ducha.

Trasa tego dnia.

>>> KLIKNIJ  MAPA <<<

Dzień 4 – Sylwester

Budzik wezwał do natychmiastowej pobudki już o 6:00 rano. Na samochodzie zalegał szron. Spałem jak zwykle, przy uchylonych oknach. Zastanawiałem się, jak wyczołgać się prawie nagi ze ciepluteńkich śpiworów i ubrać przemarznięte ciuchy. No cóż… przez moment nie było kulturalnie w samochodzie ;-)
Mała rozgrzewka, trochę higieny dla przyzwoitości i dzida do Wenecji.
Pełen mądrości wydobytych z internetowej kopalni wiedzy, sprawnie zaparkowałem samochód na parkingu, tuż przed mostem Liberty (Wolność) i w kilka minut dostałem się na wyspę.

Założeniem tego dnia był przerzut na wyspę Burano, spędzenie sylwestra na placu św. Marka i powrót do kraju.
Do promu udałem się drogami nie uczęszczanymi przez turystów. Dzięki temu dowiedziałem się jak funkcjonuje to miasteczko. O tej porze przemykają uliczkami ludzie z obsługi i ci, którzy szli na swoje stanowiska pracy.

Cyknąłem kilka strzałów.

13

15

14

Morda mi się cieszyła.
Apogeum satysfakcji osiągnąłem jak trafiłem na targ rybny.

12

11

10

9

Na placu św. Marka musiałem zdjąć wenecki standard.

16

Jeśli chodzi o desant na wyspę Burano, to odbył się dosyć boleśnie. Ale teraz jestem ekspertem od podróży wodnych po Wenecji i okolicach, więc jeśli ktoś się tam wybiera, chętnie udzielę mu bezcennych rad.

Wyspa Burano, to niezwykle pozytywny skrawek ziemi, nasycony ogromną ilością kolorów.

17

Wyspa warta odwiedzenia. Cisza, garstka turystów, niezwykle mili mieszkańcy i niepowtarzalny obrazek Wenecji, na tle zachodzącego słońca.

18

Nocny powrót do Wenecji, na której rozpoczęto przygotowania do sylwestrowej zabawy.

19

20

Jeśli chodzi o samo uświetnienie sylwestrowego wydarzenia, to spodziewałem się czegoś wypasionego. Tymczasem, widowisko zaczęło się o 22:30, a do tego jak na Wenecję było na niewyobrażalnie niskim poziomie. Niemniej, pokaz ogni sztucznych zrekompensował oczekiwanie na Nowy Rok w marnej atmosferze.

I w ten oto sposób, dotarłem do kresu swojego pobytu w jednym, z najpiękniejszych miejsc świata.

Trasa tego dnia.

>>> KLIKNIJ  MAPA <<<

Dzień 5

Było jakoś ok. 3:00 rano, kiedy siedziałem w samochodzie i kierowałem się w stronę Polski. Starałem się jechać jak najwięcej pustymi drogami krajowymi, aby minąć nieludzko drogie autostrady.
W baku zaczęły świecić pustki.
Zjazd na stację paliw.
Wszystko zamknięte. Karteczka informująca: nieczynne do 7 stycznia :-(
Na szczęście, dystrybutory są automatyczne… na szczęście dla tych, co mają karty kredytowe (nie mylić z płatniczymi), lub gotówkę. Ja karty nie posiadam, a gotówkę miałem przeznaczoną na autostradę prowadzącą przez górski odcinek, więc byłem w kropce. Na kolejnych stacjach sytuacja się powtarzała. W końcu dotarłem do SHELLA, który miał być otwarty za 3 godziny. W sumie się ucieszyłem, bo i tak musiałem się przespać.
Rankiem, zadowolony przekroczyłem próg budynku stacji paliw, aby dowiedzieć się od miłej pani, że wszędzie są automaty, że jeśli nie mam gotówki, bądź karty kredytowej, to mam pecha, i że ona tam tkwi po to, abym mógł napić się kawy :-(
Przypomniałem sobie sytuację na Sycylii, jak bardzo się nagimnastykowaliśmy, aby oddać o 1:00 w nocy samochód z pełnym bakiem.

Na resztkach dotarłem do jakiegoś miasteczka. Małe miasteczko, ryneczek, po środku bankomat – szczęśliwie obsługujący jedną z moich kart płatniczych – łatwizna. Wyliczyłem, że 20 euro w zupełności starczy na zakup paliwa potrzebnego na dotarcie do Austrii. Stacje paliw w Austrii są normalne, więc będę w domu.
Zadowolony zajeżdżam na stację, wkładam pistolet dystrybutora do wlewu paliwa, wybieram diesel, wkładam pachnącego dwudziestaka do automatu, który został wciągnięty w ułamku sekundy i…. i kurwa jego mać nic!!!!
Wciskam w panice różne przyciski i nadal nic. Zdemolowanie stacji nie rozwiąże mojego problemu, więc wyszedłem na środek ulicy i zatrzymałem nadjeżdżający samochód.
Ze środka wyszedł Włoch. Ja talking do niego, on parlo, że nie kmini. Nastał czas kalamburów.
Spostrzegawczy Włoch zauważył wiszącą z automatu karteczkę. Wyciągnął ją i powiedział, że nie wykonałem czynności we właściwej kolejności. Ja na to, że zrobiłem wszystko jak na rysunkach. A on nadal tłumaczy, że tak, ale całą zabawę rozpoczynamy od automatu na forsę. Podał mi wydobytą karteczkę i objaśnił, że odbiorę swoje utracone pieniądze w okienku, którego otwarcie nastąpi 7 stycznia. Zapadła cisza… Dobry Włoch pyta czy mam kasę. Odpowiedziałem, że tylko 15 euro na autostradę do domu. Spojrzał na mnie, wyrwał mi przeklętą karteczkę z rąk, wyciągnął z portfela 20 euro i wykonując we właściwej kolejności czynności, zatankował mój samochód.
Wypowiedziałem wszystkie słowa wdzięczności, jakie znałem w języku włoskim… nie liczyłem, ale chyba ze 60 razy ;-)
Głupie 80 zł. W sumie nie pieniądze dla niektórych. On je odzyska przy okazji. Ale taki akt dobroci nigdy się nie zapomina. Przekażę go dalej jak tylko znajdzie się okazja.

Dalszy odcinek drogi przejechałem bez niespodzianek… muzycznie, z głową wypełnioną wrażeniami, z możliwością podziwiania piękna oświetlonych słońcem Alp.

21

22

23

Jeśli chodzi o ilość zdjęć, oraz ich jakość, to zdaję sobie sprawę z tego, że jest marna. Niemniej, są one w tej relacji dzięki mojej słabej, silnej woli. Aparat miał tkwić w kieszeni jako rezerwa, ale nie dałem rady z własną naturą. Do kilku cpyknięć musiało dojść.
Niebawem zmontuję film i tak naprawdę on będzie uzupełnieniem obrazu tego wypadu.

Statystyki:
Dystans: 2397 km

Koszty:
Paliwo: 161,88 l. (1000.28 zł)
Autostrady: CZ-70PLN, A-10E, It-17+13=30E
Transport wodny w Wenecji – 18E
Parking 24h: 4,50E
Reszta to kible, żarcie, napoje, mapa itp.

Suma: <1500 zł

Podsumowanie: – czy podobała mi się Wenecja?? – nie widziałem piękniejszego miejsca. Dla kogoś, kto kocha stare podwórka, miejsca z przeszłością, to jest raj.
– czy kiedyś tam wrócę?? – myślę, że nie jeden raz!!!