Sycylia – dzień 6

Mmmm… piękna nocka. Muza, gwiazdy, przyjemne pluskanie morza…
Oczy otworzyłem rekordowo późno. Jakoś tak sporo po ósmej. Na Sycylii to jest środek nocy, więc leżaki były tylko dla nas.
Muszę przyznać, że ‚nasza’ plaża dobitnie nam służyła. W cieniu klifu mogliśmy leniwie przeżywać poranek.

1_1

Zabawne było to, że nocą wziąłem prysznic na drugim końcu plaży, niemal w towarzystwie gości weselnych, a rankiem okazało się, że prysznic mieliśmy pod nosem :-)

2

Ten dzień był początkiem końca naszej przygody.
Powrót zaplanowaliśmy przez góry, w kierunku Cefalu. Podczas zimowych wieczorów, kiedy jeździłem palcem po mapie, wydawało mi się, że Etnę powinniśmy objechać po lewej stronie. Ale nasza navi nie chciała słyszeć o takim pomyśle. Usilnie ciągnęła nas na prawo. Z doświadczenia wiemy, że przekomarzać się z nią nie wolno, więc stanęło na tym co nam wytyczyła. Śmialiśmy się, że ona wie lepiej co chcemy zobaczyć i gdzie chcemy być. I tak było tym razem…
Zaraz za Linguaglossa zobaczyliśmy powulkaniczne obrazki. Tu mocno rysował się żąd Etny. Porzucone chatki, domy, wille… ogromne posiadłości.
Jeśli czegoś lawa nie zrównała z ziemią to, wstrząsy dopełniły akt zniszczenia.

3

4

Zastanawialiśmy się jaką tragedią było opuszczanie tej posiadłości. Wspaniała willa, ogromne plantacje, winnice :-(

5

6

7

8

9

10

11

12

W tym wszystkim było coś smutnego i zarazem pięknego.

Zjedliśmy śniadanko w salonie dawnych bauerów. Tego dnia: chlebek, serek fromage i dżemik porzeczkowy.

15

Po drodze minęliśmy też Klasztor św. Teodora, który poddał się rozzłoszczonej, sycylijskiej królowej…

13

14

Otoczeni byliśmy pięknem. Ci, którzy spragnieni są niezwyczajnych widoków, uroczych miasteczek o starej, gęstej zabudowie odnajdą tu raj dla siebie. W zasadzie my właśnie tak się czuliśmy… jak w raju.

Kręte dróżki.

16

17

Postanowiliśmy, odwiedzić jedną z górskich osad. Padło na Troinę.

18

19

20

21

22

25_1

26_1

I tu spotkała nas kolejna zabawna historia tej podróży.
Weszliśmy do jednej z restauracji, która nie wiedzieć czemu była otwarta (jak potem się okazało, tylko na chwilkę) i próbuję z kobiet a za ladą dyskutować po angielsku na temat owoców morza. Że nie chcę całej misy tego ścierwa tylko po jednym elemencie z każdego rodzaju. Ale pani ni w ząb po angielsku. Na co wołam Marcina, żeby przyszedł i spróbował przełożyć moją prośbę na włoski. A tu krzyk…
– Polacy!!! O jeny… wy jesteście polakami!!!
Rzuca się nam niewiasta na szyję, zaczyna całować, szaleć z radości.
Tłumaczy nam, że do tego miasteczka raczej turyści nie zaglądają, a co dopiero Polacy. Że ona tu mieszka od dwunastu lat. Ma męża – Włocha, dziecko i po raz pierwszy od dwunastu lat była w Polsce dopiero rok temu itd.

23

Niesamowite są te spotkania.

Jakimś cudem udało nam się zamówić obiad. Chłopaki zjedli spaghetti carbonara, a na drugie udało nam się przekąsić bruschettę. Cudowny przysmak!!! Kiedyś było to jedzenie biedaków, dziś bruschetta stanowi specjał.

24

Pokręciliśmy się po Troinie i ruszyliśmy dalej. Czas mieliśmy wyśmienity, więc przed dotarciem nad morze zatrzymaliśmy się w kolejnym górskim miasteczku – Mistretta.
Nie ukrywam, że czułem się wspaniale w tych górskich prowincjach. Czuło się, że wzbudzamy sensację, ale przy tym było jakoś rodzinnie.
Nasze magiczne zaklęcie ciągle działało i ludzie z nieopisaną otwartością nam pozowali.

27

28

Nic już nas nie zaskakiwało. Nadal przepiękne uliczki, nadal te same, pozytywne odczucia.

29

30

GOLIBRODA!!!
To przygoda, którą każdy zarośnięty zwierz powinien przeżyć, a już w szczególności na Sycylii.
Wydaje mi się, że jest to najważniejsze miejsce w tych miasteczkach… zaraz po restauracjach ;-)

31

32

33

34

35

36

37

Byłem przeszczęśliwy, że znalazłem swojego golibrodę z dwóch powodów.
Pierwszy to ten, że ukrócił moje męki, pozbywając mnie kąsającego w podgardle zarostu, a drugi to, że koniecznie chciałem dotknąć sycylijskiej soli. A on właśnie tym był.
Łącznie z Panem Golibrodą ogromnie żałowaliśmy, że dzieliła nas bariera językowa. Czułem, że siedzenie na fotelu u tego człowieka ma wtedy sens, jeśli towarzyszy temu dialog!!!

38

Do nawi wklepaliśmy koordynaty, pierwszej, lepszej, nadmorskiej miejscowości. Nasze, spontanicznie myślące urządzenie jak zwykle przeciągnęło nas po totalnych dziurach. Prosiłem chłopaków, żeby wrócić na jakąś normalną drogę, ale oni powiedzieli, że z nawi się nie dyskutuje, i jest demokracja, i mój głos jest gówno wart ;-)
Po raz kolejny, decyzja nawigacji okazała się słuszna. Pomijam widoki. Na naszej drodze spotkaliśmy owieczki, a kilometr dalej prawdziwego Pana Pastuszka… jak z reklamy, która nas przywiodła na Sycylię.

39

Zdjęcia Pana Pastuszka nie mam, ponieważ pan nie życzył sobie fotografowania, a ja uszanowałem jego wolę. Ale chłopaki… no cóż… zagadali się i zapomnieli mnie sfocić z daleka, kiedy to próbowałem, swoimi pięćdziesięcioma, włoskimi słowami wytłumaczyć Panu – po co mi to zdjęcie – gapy jedne ;-)

Zjechaliśmy nad morze.

40

Słońce zalewało krajobraz ciepłą barwą.
Przypomnieliśmy sobie, że dawno nie aktualizowaliśmy zdjęć na ‚Naszej Klasie’. Więc, był czas nadrobić zaległości ;-)

41

42

43

Domyślam się, że to jest ostatni wpis na tym blogu. Niebawem Marcin mnie zabije ;-)

Plaża na której się wydurnialiśmy nie nadawała się na nocleg. Pojechaliśmy w stronę Cefalu.
Przed miejscowością Finale, już po omacku, udało nam się dorwać piaszczysty skrawek plaży. W Finale uzupełniliśmy zapasy na nocne parle, parle i wróciliśmy do naszej przystani.
Podczas nocnych rozmów polaków uświadomiliśmy sobie, że kompletnie nie pamiętamy pierwszych dni spędzonych na Sycylii. Wydarzyło się tak wiele i tak wiele widzieliśmy, że te kilka dni, odczuwaliśmy jakby przeminęły wieki. To pewnie dlatego, że w życiu codziennym tak dużą ilość wrażeń gromadzi się latami.

Orientacyjna traska tego dnia.

>>> KLIKNIJ  MAPA <<<