Sycylia – dzień 3

Tego dnia, pobudka nadeszła stosunkowo późno. Mocno po siódmej. Słońce nadal było po drugiej stronie wyspy.

100

101

102

Poranna kąpiel w morzu stała się rutyną.

103

Tego dnia wstaliśmy z nastawieniem, że musimy dotknąć Sycylii. Na to zostaliśmy stworzeni, żeby smakować miejscowej soli, by wsiąkać w otoczenie i stawać się z nim jednością. No bo co dowiedzieliśmy o tym miejscu? Plaże przepiękne, piwo zimne – dobre. Wino o niewyszukanym smaku – młode, nawet dobre, lecz bez zakończenia. Na lepsze szkoda było kasiory. To nie wiele jak na dwa dni pobytu na Sycylii :-(

Na odchodne z naszej noclegowni chcieliśmy jeszcze raz zwiedzić opuszczony ośrodek.
Ku naszemu zdziwieniu, na drodze stanął nam opasły ochroniarz, ubrany w koszulkę, klapki i badenki (spodenki letnie z namalowanymi plażowymi motywami). Siedział na małym skuterku i udawał groźnego. Nie był jak polski ochroniarz uzbrojony po zęby, naszpikowany sterydami, gotowy by zabić wszystko co się rusza na terytorium dozoru.
Marcin i Wito przypomnieli sobie, że dzień wcześniej, eksplorując opuszczony ośrodek, natknęli się na kamery. Pomyśleli, że raczej są nieaktywne jak całość obiektu, ale widać tak nie było. Swoją drogą, sycylijscy ochroniarze mają ciekawą, dosyć spóźnioną reakcję. Polscy kilerzy – ochroniarze, potrzebują kilku minut by zlikwidować problem, a sycylijscy raptem 12 godzin ;-)
Tego dnia, przybrana groźna mina pana ochroniarza – turysty, zmusiła nas do przejścia do punktu nr 2 naszego, dziennego planu: posmakować miejscową sól.

Wybraliśmy się do Ribery.
To nie była ta sama miejscowość co dzień wcześniej, wieczorem. Pusto, kilka kręcących się osób, zamotanych swoimi zajęciami.
Niemniej w tym właśnie była ta sól, której szukaliśmy. Sposób by jej zaczerpać dłońmi zdradziła nam koleżanka Marcina, podając magiczne zaklęcie: Posso fare una foto per favore? (czy mogę zrobić jedno zdjęcie). Ubrałem to wszystko w oprawę podróżnika, próbującego upodobnić się do otoczenia, ale na tyle nieskutecznie, że w oczach lokalesów wyglądałem i brzmiałem jak idiota – błazen. No bo ktoś, kto jest śmieszny, nie może być groźny. Wszystko to okraszone uśmiechem, otwierało sycylijskie serca.
Pierwszy raz odezwałem się w ten sposób do grupy starszych panów, którzy dyskutowali sobie w cieniu markizy, obserwując toczące się wkoło życie. To właśnie tacy jak oni, w pierwszej kolejności rzucają się w oczy.

104

Bez żadnego problemu pozowali mi do zdjęcia. Zapytali się skąd jestem i takie tam. Bariera językowa pozwoliła mi powiedzieć, że jestem Piotrek z Polski. To wszystko. Ale i tak było miło :-)
Moich ok. 100 wyrazów, które wpoiłem przed wyjazdem, ograniczało się do zwrotów grzecznościowych i budowy podstawowych pytań.
Po sukcesie z panami stałem się niezwykle śmiały.

Kolejnym bardzo ważnym elementem małych, sycylijskich miasteczek są zakłady fryzjerskie. Myślę sobie, że Sycylijczycy nie golą się w domach. Oni idą do miejscowego golibrody, a tam w miłej atmosferze zastają oporządzeni i wychodzą z pełną wiedzą na temat – co słychać ogólnie.
Koniecznie chciałem posmakować i tej soli.

105

106

Zakład prowadzili młodzi goście. Co prawda szukałem takiego rasowego, ze starszym właścicielem, ale nie wątpiłem, że taki jeszcze napotkam.

Tego dnia śniadanko wpałaszowaliśmy w kawiarni. Chłopaki zamówili kawkę i chyba rogalika, a ja takie coś… (ser, ketchup, majonez, szynka na miękkim cieście)

107

Było bardzo dobre i pożywne.
W gratisie od obsługi dostaliśmy zmrożony mus z miejscowych cytryn. Niezwykła rzecz.

108

Podczas tej podróży wpadłem już w swój rytm żywienia. Rano wsuwałem coś w rodzaju kanapki, najlepiej z dżemem i serkiem fromage. Potem herbata neastea i woda w dużych ilościach. Wieczór kluchy lub pizza zakrapiana piwem.

W kawiarni zaczepił nas gość o imieniu Frank.

109

Widać, że czuł potrzebę pogadania z kimś, kto jest ‚obcy’. Zresztą, mnie też zazwyczaj ciągnie do ludzi o innej narodowości niż moja.
Frank był anglojęzyczny. Ze mną nie mógł sobie swobodnie pogadać, dlatego w zastępstwie rozmowę podjął Marcin.
Poprosiliśmy Franka aby skierował nas do prywatnej winiarni. Jednej z wisienek, którą chcielibyśmy zobaczyć na naszym podróżniczym torcie. Nasz nowy kolega takiej nie znał, ale zaprowadził nas do człowieka, który ma w swoich zbiorach swojskie wino. Nistety, nie było go w domu… szkoda.
Rozstaliśmy się w Frankiem i poszliśmy do samochodu, aby podbić kolejne miasteczka w głębi lądu.
W tym momencie nastąpiło ciekawe spotkanie. Jedna z mijających nas kobiet usłyszała polską mowę. Rzuciła się nam na szyję z ogromną radością. Zaczęła nieustająco mówić o sobie, że tu mieszka od dawna, że ma dwoje dzieci w Niemczech – są już lekarzami, że jest wdową, ale się chajtnęła z Włochem, i że takie i takie jedzenie jest dobre, że wiele tu nie widziała choć długo mieszka, ale jej nowy mąż to nam wszystko opowie itd.
Choć była polką, to nie było w niej nic w polskości. Uśmiech już wrośnięty na stałe, ta radość z życia bijąca z jej twarzy. Choć przeżyła wiele, nie padło z jej ust cokolwiek pesymistycznego. To było niezwykłe…

Po kilku minutach siedzieliśmy w samochodzie i kierowaliśmy się do miejscowości Enna. Żeby nie było nudno, wstukaliśmy w samochodowe nawi jakieś małe miejscowości pośrednie. Trochę dziwnie wyglądała trasa zaproponowana przez komputer podkładowy naszego mobilka, ale postanowiliśmy zaufać urządzeniu i poddać się przygodzie.
Generalnie, zależało nam na znalezieniu jakiejś małej wioski i być może pastuszka pasącego owieczki… wisienka nr 2.
Ku naszemu zdziwieniu nie znaleźliśmy żadnej ponieważ, na Sycylii nie ma wiosek, są miasta i miasteczka. Wśród ogromnych plantacji zbóż, winorośli, gajów oliwnych występują gdzie, niegdzie pojedyncze farmy, do których przynależą te ogromne obszary rolne.

Mijając kolejne miasteczka, które były niezwykle urokliwe, natknęliśmy się na strefę zamkniętą dla ruchu kołowego. Objazd tej strefy to dziesiątki kilometrów. Nawi wskazywała aby jechać przez zakazany rewir, a rozsądek i strach przed finansowymi konsekwencjami nakazywał dostosować się do informacji na tablicach. Przybyliśmy tu aby przeżyć przygodę, a nie być pokornym jak polskie cielę. Ruszyliśmy w kierunku wyznaczonym przez nawi. To był strzał w dychę!!!
Strefa wyłączona z ruchu okazała się obszarem sejsmicznym, na którym występowały częste trzęsienia ziemi. To prawdopodobnie skutek bliskiego sąsiedztwa Etny.
Droga miejscami była fatalna, albo jej w ogóle nie było. Był nawet odcinek drogi (ok. 20m), który tąpnął o jakieś 3 m w dół. Zrobiono prowizoryczny zjazd na tąpnięty kawałek i powrót na oryginalną drogę.
Ale nie to było najciekawsze w tej strefie. Widoki!!! Jechaliśmy z otwartymi gębami zachwycając się otoczeniem. Na dodatek czuliśmy się jakbyśmy byli tylko my. I w zasadzie, poza sporadycznie napotkanymi ludźmi to tak było. Ogromne ludzkie pustkowie. Opuszczone domy, gospodarstwa, kościoły…
Choć Etna wydaje się być daleko, to właśnie ona rozdaje tu karty.

110_1

111

112

113

114

115

116

117

118

Po południu dotarliśmy do Enna. Miejscowość osadzona na wysokości 1000 m n.p.m. Widok z jej murów robi wrażenie.

119_1

Miejscowość fajna, podobno obfitująca w różne zabytki, ale nie czuliśmy klimatu, którego poszukiwaliśmy. Po raz kolejny, bezskutecznie szukaliśmy otwartej restauracji, więc skończyło się na zimnym grande birra ;-)
Naszą ciekawość przykuła miejscowość leżąca na sąsiedniej skale – Calascibetta.
Wąskie uliczki, stare kamienice i ludzie. Co rusz ktoś mnie zaczepiał, widząc, że dzierżę w łapach aparat. Tekst ‚no parlo Italiano, no capito’ płynął z moich ust jak rasowa, włoska melodia. Niemniej, uśmiech i kilka zwrotów grzecznościowych pozwoliło mi się czuć jak w domu.
Uczynność sycylijczyków jest spotykana na każdym kroku. Pewien Sycylijczyk gdy zauważył, że nie możemy znaleźć miejsca dla naszej furki, poszedł z dyżurnym kierowcą, Marcinem i pokazał mu gdzie możemy spokojnie i za free zaparkować. Oni właśnie tacy są… bezinteresowni. Mam nadzieję, że nie przyjedzie w te miejsca jakaś łachudra z innego kraju (np. z polski) i nie zniszczy tych normalnych, ludzkich odruchów, które u nas dawno temu wymarły.

Miejscowość Calascibetta jest mała, raczej omijana przez turystów co było widać jak pojawiliśmy się na głównym rynku i wzbudziliśmy delikatną sensację wśród lokalesów.

120

121

122

123

124

125

126

127

127_1

Magiczne zaklęcie nadal otwierało serca napotkanych sycylijczyków.

128

129

Znalazłem tak bardzo poszukiwanego przeze mnie golibrodę.

130

W jego zakładzie było kilka zdjęć Ojca Pio. Jak się okazało, mieszkańcy tego miasteczka są w nim zakochani. Obecnie czytam książkę biograficzną o Ojcu Pio i w zupełności ich rozumiem.

Wieczorem, zbiliśmy się na powrót w grupkę i skonani poszliśmy na zasłużony posiłek.

131

132

133

134

135

Zastanawialiśmy się nad noclegiem w jakimś B&B, ale stuknęliśmy w nawi Syracusa i pognaliśmy w poszukiwaniu fajnej plaży.
Na miejsce dotarliśmy po północy. To słaby moment na poszukiwanie noclegu na dziko. Niemniej, nie traciliśmy nadziei, że coś fajnego znajdziemy.
Syracusa osadzona jest na skale, więc z plażami jest problem. Ale kto pyta, ten nie błądzi i dzięki temu dotarliśmy do Fontane Biancze. Trafiliśmy na prywatną plażę jakiegoś ośrodka wypoczynkowego, na której rozstawione były plażowe leżaki.
Po 2:00 ułożyliśmy się do snu. W pewnym momencie odwiedził nas czarnoskóry ochroniarz Felix. Był grzeczny. Z jego parle, parle zrozumieliśmy, że musimy zwolnić plażowe meble. Za to my grzecznie wyjaśniliśmy, że wcześnie rano tak zrobimy i śmigniemy do Syracusa.
Felix spojrzał na nas, odwrócił się i odchodząc przez ramię rzucił: ok… remember… no burdello, no burdello. – cokolwiek to miało znaczyć ;-)

Orientacyjna traska tego dnia.

>>> KLIKNIJ  MAPA <<<