zagnańsk-umer

W sobotę spotkała się niezbyt silna grupa rowerowa, ale jednak grupa.
Kilku towarzyszy położyła choroba, innych wystraszyła pogoda. Hmmm… zabawne jest to jak czasem postrzegamy warunki panujące za oknem. Jeszcze miesiąc temu taka aura (mgliście, pochmurno, 13 st. C) uchodziła za wyczekiwaną wiosnę, aż chciało się opuszczać mury ;-)

Wyruszyliśmy spod dębu Bartek.

>>> KLIKNIJ  MAPA <<<

40

Wjeżdżając do miejscowości Bartków, pomyśleliśmy o naszym nieobecnym koledze, który walczy na wyspach o lepszy byt.
Zdjęcie poniższe jest dowodem na to, że kogoś brakuje w naszym towarzystwie… więc kogo brakuje?? no kogo nie ma?? ;-)

41

Trasa okazała się stosunkowo trudna. Bałem się, że najmłodszy uczestnik tej wyprawy wymięknie, ale się pomyliłem.
Miko zarzucił sobie muzę z telefonu i kręcił ostro pedałami. Stwierdził, że muzyka dodaje mu skrzydeł i nie zauważał błotnych przeszkód i sporych przewyższeń. Były momenty, że musieliśmy go gonić. Hmmm… nie przestaje mnie zaskakiwać…

Jeśli chodzi o pogodę, to okazała się strzałem w dychę. Nie było za zimno, ani gorąco. A lasy spowite mgłą nadawały trasie tajemniczy klimat.

42

Oczywiście nie mogło obyć się bez kiełbachy na ogniu.

43

Wyprawę zakończyliśmy nad zalewem w Zagnańsku.
Statek, który osiadł na plaży zagnańskiego zalewu, ochrzciliśmy jako ToiTonik.

44

Chociaż zrobiliśmy ok. 25 km, to czułem niedosyt tej wycieczki. Zresztą, wszystkim nam się ta przygoda zbyt szybko skończyła.

Okno tej wyprawy…

45

To okno wypatrzył Grzelek.
Muszę przyznać się, że mam niezwykłych kumpli. Grzelek ma ciekawą cechę.
Normalni ludzie postrzegają świat… hmmm… normalnie. Grzelek widzi tylko zdjęcia.
Gdyby ktoś, poprosił Grześka o sfotografowanie psiej kupy na trawie, to on niechcący zrobił by z tego arcydzieło, i to aparatem zrobionym własnoręcznie :-)