mirzec

W sobotę pogoda trafiła mi się jak ślepej kurze ziarno. Hmm… no w sumie to nie tylko mnie.
Zrobiłem co miałem zrobić i zostało trzy godzinki luzu do rodzinnego wyjazdu. Nie byłem przygotowany na taki rozwój wydarzeń, ale też nie lubię marnować dobrej pogody, skoro zbyt wiele nie będzie jej w najbliższym czasie. Wybór padł na motocykl… :-)

Zasiadłem przed mapą i znalazłem miejsce odwiedzin – Mirzec. Dlaczego…?
Otóż, Mirzec skojarzył mi się z kolegą (Mirosław Marzec) z którym chodziłem do podstawówki, i którego tak nazywaliśmy. Ze słów cięcia, gięcia wyszło Mirzec. Mirek był kumplem nijakim. Nie wyróżniał się specjalnie w tłumie. Właściwie, to nawet chował się przed tłumem.
Przed wyruszeniem Ukochana poprosiła mnie, abym nie oddalał się zbytnio. Więc obiecałem, że postaram się tego dnia nie przekraczać granic Polski ;-)

TRASA   >>>>>  http://ridewithgps.com/routes/1880462  <<<<<

Droga do Bodzentyna jest fajna. Las, trochę winkli i niezłe krajobrazy. Miałem szczęście, że nie było

31

Ktoś słusznie wpadł na pomysł, żeby je wyremontować. A więc… w samą porę się pojawiłem, żeby zdjąć oryginalny stan budowli, dotknąć miejsca, które ludzie dotykali przez lata.

32

Kiedy dojeżdżałem do Starachowic, już się wkurzałem, że jest późno. Nie bałem sie zmroku, który zapadał, ale telefonu z reprymendą od Ukochanej. W tak ładny dzień nie chciałem jej psuć humoru… :-(
No cóż… wiedziałem, że nie będzie zabawy, ale liczyłem się z tym.
Dojechałem do Mirca… Miejscowość, która nie wyróżnia się czymś z pośród wielu zwykłych, przydrożnych miejscowości. Przejeżdża się przez nią i zapomina o tym miejscu.
Co prawda jest kościół, którego architekt nie szalał z wyobraźnią.

33

Bram kościoła strzegą betonowe orły.

34

Poszwendałem się bezcelowo i wróciłem na motocykl, wyruszając w drogę powrotną do domu.
Nie chciałem jechać śladem który mnie sprowadził do Mirca, więc lekko odbiłem na Małyszyn. Ciągle jechałem bez planu, improwizując.
Czasem tak lubię, ale nie tego dnia.
Zjechałem z głównej dogi, szukając ukrytych atrakcji. Pierwsza próba się nie powiodła.
Zjechałem kolejny raz i dotarłem do jakiegoś czynnego młyna.

35

36

Jest to już raczej nowoczesna budowla, dawniej napędzana prądem rzecznym, a dziś prądem elektrycznym.
Wyszedł właściciel z pobliskiej chaty i bojąc się o mienie zagaił mnie co tu robi taki cudak na motorze. Uspokoiłem pana rozmową, pośmialiśmy się i ruszyłem dalej.
Nie mając mapy, na czuja skręciłem w las. Początkowo droga była łatwa, lecz nieco dalej zmieniłem o niej zdanie.

37

Stanąłem przed dylematem czy podjąć walkę, czy zawrócić na główną drogę i z niesmakiem wrócić do domu? Wybrałem przygodę.
Co parędziesiąt metrów pokonywałem błotniste kałuże. Bałem się jak cholera, że położę maszynę, że zakopię się i swoim spóźnieniem podniosę ciśnienie Ukochanej itd. Były momenty, że rozważałem powrót, bo była szansa na wycofanie się, z której głupio nie korzystałem.
Ciągle jechałem. Motocykl zachowywał się w sposób dla mnie nieznany. Tylne koło traciło przyczepność, lecz nie odpuszczałem gazu… czasem odbierałem moc lekko używając sprzęgła.
Dotarłem do starej części lasu. Widok skojarzył mi się z bajką o Jasiu i Małgosi.

38

Choć nie było ciepło, pod kurtką czułem upał.
Nagle nawi złapała trop i zaczęła prowadzić w stronę domu. Ucieszyłem się bo wiedziałem, że teraz będzie tylko lepiej…

39

Tuż przed opuszczeniem lasu znalazłem zamieszkiwaną okazjonalnie starą chatę. Fajna mi się wydała, więc pociągnąłem ją z aparatu.

40

41

W końcu dotarłem do cywilizacji i bez większych kombinacji pognałem do domu.

Okno tej wyprawy…

42