wyprawa – dzień 1

Wyprawa: dzień 1

Wstałem niezbyt wcześnie. Nie tak, jak sobie pierwotnie zakładałem.
Wykonałem poranny schemat: łazienka, śniadanie dla siebie, dla Lakaki, czułe pożegnanie z Ukochaną, zawieźć Lakakę do przedszkola i tu schemat się urwał. Normalnie postąpiłbym jak co dzień, ale nie dziś. W garażu czekał już objuczony Szerszeń. Dzień wcześniej przygotowania do jazdy zajęły mi ok. 6 godz. Wszystko robiłem pierwszy raz. Do końca nie wiedziałem gdzie i jak rozplanować bagaż. Miałem co prawda pomocnika…

51

…ale znaków zapytanie rodziło się coraz więcej. Co powinno być w sakwach bocznych, co w tankbacku, co w torbie centralnej? A jak zaliczę glebę, to co ucierpi i czy może ucierpieć? itd.
No i jeszcze zmiana kół na offroadowe.

W końcu udało się…

52

Wolny od schematów i życia zawodowego, ubrałem się w motocyklowy mundur i pojechałem w kierunku Albanii. Przynajmniej taki miałem plan.

Początkowo droga przebiegała przewidywalnie. Nie gnałem jak wariat mając na uwadze szereg niebezpieczeństw czyhających na motocyklistów.
Ubrałem się najpierw w ciuchy rowerowe z zimowej kolekcji, a na wierzch założyłem motocyklową skorupę. Jak się okazało na trasie, z ciuchami strzeliłem w dychę. 16 st. C to dla bikerów zima. Dla porównania można wejść do wody o takiej temperaturze i posiedzieć kilka godzin. Jazda bez właściwej ochrony przed zimnem może skutecznie zniechęcić do kontynuowania jazdy.

Tuż za Nowym Sączem napotkałem kilkuset metrowe korki spowodowane ruchem wahadłowym na remontowanych odcinkach drogi. Spieszyło mi się. Czułem, że mam niedoczas i powinienem unikać nieplanowanych postojów. Mocno skręciłem kierownicę w lewo, żeby wskoczyć na chodnik i prawie się udało gdyby nie fakt, że moje stopy straciły kontakt z podłożem i zaliczyłem pierwszą glebę w tej podróży.
Koleś z ciężarówki, przed którą się wyłożyłem mało nie pękł ze śmiechu. Pewnie myślał sobie w duchu: tak cudował, tak kręcił, aż się wyp… 
Udało mi się podnieć motocykl, choć nie miałem pojęcia jak to zrobiłem. Obecnie jego waga sięgała ok. 230 kg. Sprawę komplikował środek ciężkości, który znajdował się wyżej, co spotęgowało podnoszony ciężar. Ale udało się i miałem powód do radości.

Tuż przed granicą ze Słowacją, w Muszynie, postanowiłem zrobić sobie pierwszy postój, na sok pomidorowy, snickersa i ostatnie rozmowy z bliskimi z najtańszego telefonu na wiecie… służbowego.
Przeżuwając resztki batonu pomyślałem, że przejechałem ok. 200 km i jeszcze nie wykonałem zdjęcia, czy też ujęcia do filmu z tej podróży. Wyciągnąłem mały statyw, na którym umieściłem kamerę i zaplanowałem ujęcie o tym jak zjeżdżam z parkingu i jadę w siną dal.
Zasiadłem na motocyklu i jakoś straciłem równowagę, zaliczając kolejną glebę parkingową. Tym razem motocykl jakby przyrósł do ziemi. Za cholerę nie mogłem go podnieć. Sytuacja lekko mnie przeraziła. Początek przygody, dwie parkingówki na koncie i do tego ta niemoc. Po kilku, różnych próbach uniesienia motka dałem za wygraną, czekając cierpliwie na kogoś, kto zjawi się z pomocą.
Po minucie zatrzymałem listonosza.
– a co to, sam się przewrócił? – zapytał zdziwiony listonosz.
– właściwie to mu pomogłem – odpowiedziałem z durnowatym uśmiechem.
Teraz dotarło do mnie, że żarty się skończyły. Uświadomiłem sobie, że w tej wyprawie będę w miejscach nieuczęszczanych przez ludzi więc, jeśli wkopię się w podobną sytuację, to pomoc nie nadejdzie w minutę.
Podziękowałem listonoszowi, któremu w ramach wdzięczności odpowiedziałem na kilka pytań: a skąd, a dokąd itd.?

Słowacja to krótki kraj. Przejeżdżając przez Bardejov przypomniał mi się zeszłoroczny zlot w Zdyni.

Po przekroczeniu granicy z Węgrami zatrzymałem się na stacji paliw z celu zakupu winiety. Spotkałem polską ekipę 4×4 składającą się z dwóch dziewczyn i chłopaka. Wszyscy młodzi… młodsi ode mnie ;-)
Okazało się, że jadą na miesięczny wypad do Grecji. Planują zajrzeć w drodze powrotnej do Albanii, ale nie będą pakować się w góry.
Chłopak spojrzał na mój motocykl i się rozmarzył.
– fajnie takim motocyklem podróżować… mam znajomą co też tak gania po wiecie i jej zazdroszczę.
– ja to widzę inaczej – odezwałem się – siedzisz sobie w klimatyzowanej puszcze, nawijasz z dwiema dziewczynami mając ubaw po pachy, a ja… żrę wpadające mi do gęby robale i gadam do siebie jak palant. Może faktycznie mam lepiej?
Obaj buchnęliśmy śmiechem.
Pożegnaliśmy się i ruszyliśmy każdy w swoją stronę. Oni do Rumunii, ja w kierunku Budapesztu.
W Miskolcu, przed wjazdem na autostradę postanowiłem zatrzymać się na posiłek.
Tuż przy drodze, gipsowy kucharz zapraszał na obiad.
Wszedłem do knajpy i poprosiłem o coś, co jest szybko, dobre i w jakiś sposób wiąże się z tradycją Węgier.
Kelner polecił żupę gulaszową, a na drugie gulasz z ziemniakami.

53

54

Jako ziemniaki dostałem coś w stylu malutkich, polskich kopytek z bryndzą i skwarkami. Nie lubię bryndzy, ale ta kompozycja smaków była dobra.
Podczas uczty cały czas towarzyszył mi kelner (młody chłopak, bardzo grzeczny). Stał i stał, aż w końcu rozwiązał worek z setką pytań. Że też kocha motory, że to co robię jest niesamowite i w ogóle nie mógł się nadziwić. Między przełknięciami starałem się zaspokajać jego ciekawość i być wyrozumiałym, bo nie ukrywam, że chyba podobnie bym się zachowywał, spotykając takiego dziwaka jak ja :-)

Po okrutnie sytym posiłku ruszyłem w drogę. Słońce chyliło się ku zachodowi i zacząłem rozmyślać o tym, co może teraz dziać się w domu. O tej porze Edi kąpie Nataszkę. Za chwilę mała położy się do łóżka, a ja powinienem jej poczytać, potem przy niej uczyć się angielskiego. Jeśli czytanie by jej nie uśpiło, to mój angielski bełkot był pewniakiem jej snu. Ale dziś tak się nie stanie.
Zacząłem popadać w depresję. Teraz dotarło do mnie jak ważni są ci, których kocham. Z każdym kilometrem uczucie smutku było silniejsze. Przestałem wierzyć w to, co robiłem. Zacząłem traktować tę przygodę jak jakiś największy błąd mojego życia.
Noc zbliżała się nieuchronnie. Mijając Budapeszt wyjechałem na prostą w kierunku Szeged i granicy z Serbią. Nastawiłem się ostro na znalezienie noclegu. Pomyślałem, że to banalnie prosta czynność – wjeżdżam do pierwszej lepszej miejscowości, a tam wszyscy czekają na mnie z otwartymi ramionami.
Jak pomyślałem, tak zrobiłem.
Na pierwszej posesji mój szlifowany przez rok angielski był kompletnie nieprzydatny. Na kolejnych posesjach sytuacja się powtarzała, albo nie wzbudzałem wystarczającego zaufania, aby wygospodarowano mi kawałek ziemi pod budowę mojego namiotu.
Zapadła noc. Wyjechałem poza miasteczko w poszukiwaniu noclegu na dziko. I ku mojemu zaskoczeniu wpadłem w panikę. Zmęczenie, bolący tyłek, przygnębienie i depresja jakoś nie nastroiły mnie pozytywnie do spędzenia nocy w ciemnym lesie. Wiedziałem, że i tak się nie wyśpię bo będę nasłuchiwał każdego dźwięku i wyobrażał najgorsze sceny z obejrzanych filmów. Wróciłem na autostradę…
Czułem, że jadę bez celu i bez sensu.
Zacząłem układać jakiś logiczny plan. – jazda dalej jest głupia… dojadę do Serbii, a tam może być jeszcze gorzej… muszę wypocząć bo jutro mam do przejechania 700 km…
Przejechałem 60 km i na kolejnym węźle zjechałem z autostrady.
Znowu jechałem ciemnym lasem, aż natknąłem się na oświetlone gospodarstwo.
Wjechałem na środek placu myśląc, że ktoś wyjdzie i będę miał szansę zwrócić się z prośbą.
Wyłączyłem motocykl i w uszy zakuła mnie cisza. Nastała ulga…
Na działce otoczonej wysokim płotem znajdowały się trzy budynki. Podszedłem do tego, z okien którego lało się na zewnątrz światło.
Wewnątrz przebywał starszy człowiek i coś pichcił przy kuchence.
Zapukałem delikatnie, a on skinieniem ręki zaprosił mnie do środka.
Zaczynam od wesołego ‚hello’ i przechodzę do pytania o jego znajomość angielskiego. Pan odpowiedział po węgiersku, że niestety nie zna… chyba po węgiersku ;-)
– no to może gawarisz paruski? – zapytałem.
Zaśmiał się starszy człowiek i znowu coś tam powiedział, lecz tym razem po włosku.
Zaczęły się kalambury… pokazuję że jadę na moto i potrzebuję się przespać, że mam little hause…
Starszy pan do mnie po włosku coś, ale kompletnie go nie pojąłem.
Popatrzyliśmy na siebie, po czym pan pokazał, abym poszedł za nim. Zaprowadził mnie na miejsce i wskazał, że tu mogę się rozbić z namiotem… przynajmniej tak go zrozumiałem.
Ponieważ namiot zacząłem rozbijać, a on nic nie mówił, to znaczyło, że chyba się dogadaliśmy ;-)
Nagle pan zorganizował mi ogrodowy prysznic i coś tam mówił, że mogę z tego skorzystać. Obdarowałem pana moim najbardziej uroczym uśmiechem i podziękowałem po włosku bo tylko tyle umiem w tym języku powiedzieć… no może jeszcze ‚bon dżiorno’, ale na to było lekko za wcześnie.
Rozbiłem namiot w świetle czołówki i zabrałem się za korzystanie z ogrodowego prysznica.
Jak się okazało, nie wziąłem szczoteczki do zębów i mydła. Śmiałem się w duchu z moich półrocznych przygotowań, które widać, nie obejmowały szczoteczki i mydła.
Przepłukałem się w nieludzko zimnej wodzie, wypiłem gorącą, zieloną herbatę i położyłem spać.
Tuż przed zamknięciem oczu myślałem o tym, że nie istnieje przypadek i o tym, jakież to mój Pan ma wobec mnie plany w tej podróży.