chorwacja

Chorwacja…. Wielu napisało przeróżne opowieści na ten temat.
Postanowiłem i od siebie coś dodać do tej wielkiej beczki.

Wyjechaliśmy z domu w czwartek po południu. Gdyby nie Krzysztof Hołowczyc w nawi to, nie wiedziałbym, że przekraczam jakieś granice. Jak sie okazało, nasz wyjazd w takim dniu tygodnia był strzałem w dychę. Przez granicę słoweńsko-chorwacką przejechaliśmy bez zatrzymywania. Dowiedzieliśmy się, że dzień później spędzilibyśmy tam wiele godzin w oczekiwaniu na przejście.

Wylądowaliśmy w miejscowości Crikvenica, którą strzeliłem na chybił-trafił w Google Earth. Na zdjęciach wyglądało, że są tam fajne plaże, w sam raz dla dzieci.
W Crikvenicy byliśmy o 8:00 rano, w piątek.
Zaprowadziłem rodzinkę na plażę, a sam udałem się w poszukiwaniu zakwaterowania.
Po godzinie, dzięki hunterom dotarłem do domu Dojcina Vrhovaca.

1

Dojcin to gość w wieku 65 lat. Co dzień rano ćwiczy godzinę fitness i karate. Wieczorkiem pomyka na rowerze ok. 40 km. Rowerów ma 8, z czego 7 to, oldschoolowe kolarzówki.
Jego sprawność, spokój ducha i nastawienie do ludzi były niesamowite. Wielokrotnie ze sobą rozmawialiśmy, bo obaj byliśmy głodni wiedzy na temat naszych krajów.
Na koniec naszego pobytu, z Dojcinem żegnaliśmy się jak starzy przyjaciele. Niesamowite…

Ogólnie pobyt w Chorwacji był niezwykły.
Zaczęło się od płonącego wzgórza, w odległości 1,5 km od naszego domu.

2

Początkowo, pożar oglądaliśmy z plaży i z zaciekawieniem czekałem na szczęśliwy epizod, który nie następował.
Wiatr w porywach do 200 km/h dostarczał płomieniom ogromnej ilości tlenu. Zacząłem analizować sytuację i nie wyglądało to dobrze.
Część miasta została ewakuowana, pożar zbliżał się do zabudowań. Na ulicach było słychać coraz więcej jednostek strażackich, które i tak nie mogły dotrzeć na miejsce walki z żywiołem. Przy tak silnym wietrze wiedziałem, że odsiecz nie nadciągnie z góry. Widząc, że sytuacja wymyka się spod kontroli, podjąłem decyzję, że kończymy wakacje w Crikvenicy.
Dotarliśmy do domu, gdzie moje obawy ostudził Dojcin.
– Piotr… ne ma prblema… tomorrow fire is dead… wind will be better… close window on night, and will be ok.
– But Dojcin… I’am scaring… you know… my children and wife…
– Piotr… don’t scaring. I called to fireman and he said that every thing is ok.

Ukochana uwierzyła Dojcinowi, ja nie… spakowaliśmy się i czekaliśmy na dalszy rozwój wydarzeń.

O 8:00 rano obudził mnie ryk samolotowych silników.

3

4

Akcja niesamowita. Wyskoczyłem na taras i zobaczyłem trzy samoloty strażackie, jak dzielnie gasiły pożar. Wszystko działo się nad naszymi głowami. Dosłownie na wyciągnięcie ręki. W głowie wyobrażałem sobie muzykę, którą się słyszy w filmach gdy pojawia silny obrońca i karci ciemiężyciela.
Po całej akcji Dojcin powiedział, że ze względu na nieprzewidziane emocje możemy zostać dzień dłużej za free. Ja odrzekłem, że to całe zdarzenie to absolutnie nie jego wina, i że chętnie skorzystalibyśmy z zaproszenia, gdyby nie obowiązki w domu.

Dalszy pobyt w Chorwacji to już realizowanie ułożonego na miejscu planu działań.
Każdy miał coś otrzymać dla siebie.
Dzieci wodę i swobodę, ukochana słonko, a ja jako kundel bury, penetrowałem wszystkie dziury… cokolwiek to znaczy ;-)

5

6

7

8

9

10

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

DCIM100GOPRO

Jeden dzień poświęciliśmy na szwendanie się po fajnych miejscach wyspy Krk. Stwierdziliśmy, że jeden dzien to stanowczo za mało, ale dobre i to.

16

17

18

19

20

21

22

23

24

25

26

27

28

W naszej miejscowości był fajny hotel.

29

W porcie było ciekawie.

30

31

Były też łodzie warte ponad 1 000 000 PLN jak ta. Pływając na Mazurach widziałem jedną podobną, ale nie tak piękną i wypasioną… ehhhh.

32

Jeśli chodzi o plaże to, szaleństwa nie ma. Niemniej, Crikvenica pracuje nad tym ciężko.

33

34

Drogi były cudowne… w sensie urocze. Wielokrotnie wyobrażałem sobie jak po czymś takim się jeździ motocyklem.

35

36

No i żarcie… coś, wokół czego kręcił się cały dzień.

37

38

39

Zdjąłem jeszcze dwie panoramki. Pierwsza to, widok z naszego tarasu.

40_1

Druga – widok w Nowej Baśce na wyspie Krk.

41_1

Wnioski:
Napiszę najpierw gorsze rzeczy.
Trafiają się miejsca, gdzie jeszcze króluje komuna. Klienta traktuje sie jak gówno. Ale te miejsca umierają i jest ich naprawdę niewiele.

A teraz te dobre, bo właściwie tych złych (poza wyjątkami) nie ma.
Chorwaci to przewspaniali ludzie, którzy nie patrzą na turystę jak na chodzący portfel. Jeśli nie wykorzystujesz ich życzliwości to, w większości przyznają Ci rację, nawet jeśli jej nie masz.
Choć jeżdżą pojazdami jak szaleni to, gdy się zbliżysz do pasów, zatrzymują się bezwzględnie. Pieszy na drodze to jak święta krowa w Indiach. Tym byliśmy mile zaskoczeni i właściwie zdziwieni.

I małe ostrzeżenie…
W drodze do Chorwacji trzeba przejechać Słowenię. Za ichniejszy kawałeczek, zakorkowanej autostrady (44 km) trzeba zapłacić 30 euro (126 PLN). Ja skutecznie ominąłem płatny odcinek, mijając w całym kraju trzy samochody (2:00 nad ranem), niemniej w drodze powrotnej, wpadłem w objęcia słoweńskiej policji i ta przyjemność kosztowała mnie 150 euro (630 PLN). Jechałem 74 km/h na drodze do nikąd, ale będącą jeszcze na terenie zabudowanym (m. Ptuj)… przez uprawy kukurydzy.
Chciałem wyrolować złodziejski, słoweński rząd, ale to oni mnie wyrolowali… choć pretensję mogę mieć tylko do siebie ;-)