szczawnica – nartowanie

Się wyrwałem jakby…

Tegoroczny wypad narciarski odbył się do Szczawnicy. Dla mnie najbardziej urocza miejscówka jaką do tej pory przyszło mi oglądać.
W tym roku nie mieszkaliśmy w prywatnych kwaterach, kątem u ludzi.
To był pensjonat ‚Goliat’. Fajnie i niefajnie…
Fajnie, ponieważ był to pensjonat. Miejsce konkretnie przygotowane dla turystów, zjeżdżających tłumnie do Szczawnicy.
Niefajnie, ponieważ brak było w tym wszystkim duszy, to co lubię najbardziej w noclegowaniu poza domem.

Oczywiście ja i Szwagier to nadal jedyni deskarze w towarzystwie, a zatem Ci co siniaków się nie obawiają.

Po raz pierwszy przyszło mi się zmierzyć z moim lękiem wysokości, lub niedostatecznej przestrzeni w przestrzeni zbyt otwartej. Nie wiem jak to nazwać.
Tak czy siak, jeśli chciałem pomykać na desce to miałem do wyboru, godzinne wspinaczki na Palenicę lub kilka minut stresu.
Jako człowiek silnie walczący ze swoimi demonami podniosłem kopię i w oczach mojego synka starałem się wypaść męsko.
Dwa pierwsze dni to istna porażka. Potem było lepiej, lecz nie cudownie. Ale umówmy się, że dawałem radę ;-)

Tak tylko do zdjęcia, pozwoliłem sobie otworzyć oczy na niezbyt długi czas i wykrzywić twarz na wzór uśmiechu.

1

Stoki na Palenicy były wyśmienite. Choć ci, którzy przetarli się na stokach w Austrii, czy Włoszech wyślą w moim kierunku falę śmiechu.
Mnie się podobało i wiem, że lepsze krajobrazy jeszcze są przede mną.

100_1

Dwa poniższe zdjęcia (Szwagier i ja) wykonane zostały aparatem, który już nie żył.

2

3

Biedak w przedostatni dzień zakończył żywot podczas jednej z moich gleb. Szkoda… służył mi długo… nakręcił kilka filmów. W ostatni dzień miał zrobić strażaka :-(

Po udanym dniu na stoku, a co najważniejsze bez żsdnych kontuzyji, snuliśmy się resztką sił do zaprzyjaźnionej karczmy.
Miko szamał coś na lekko tj. rosołek, czasem frytki z ketchupem.

4

Ja raczej uderzałem ostro w kalorie.
Pewnego dnia, w ramach poznania kultury góralskiej ja i Agnes Amazing zamówiliśmy sobie kwaśnicę, baraninkę, plus dodatki. Ja baraniną się raczyłem już w ramach zlotu w Zdyni, toteż nie wywołała u mnie sensacji. Ale warto było sobie przypomnieć ten specyficzny smak.

5

6

7

Wieczorki spędzaliśmy kameralnie przy płynach nawadniających i partyjce kart ;-)

8

9

10

I tak dobre dni zleciały.