szydłów

Ukochana zgodziła się wziąć na klatę moje i swoje sobotnie obowiązki, abym ja mógł pokłonić się drodze. Wiem jak moje pseudo wyprawy (nie ważne czy są krótkie, czy te wielodniowe) wiele ją kosztują.

Niemniej, w sobotni poranek leżałem w łóżku jak na rozgrzanych węglach.
Na horyzoncie pojawiło się słońce. Słupek rtęci za oknem przeskoczył granicę +10 stopni.
Zapakowałem na Szerszenia mały plecak z aparatem i zestawem obiadowym motocyklistów (snikers + pepsi).
Stęskniłem się za rykiem 650-ki. Wielotygodniowy post przyzwyczaja mnie do zimowej przerwy.
W nawigację wklepałem Szydłów, powiat Staszowski. Droga najkrótsza, nie wyłączając dróg gruntowych.
Na monitorze wyskoczyła informacja: 53 km, czas 1:05 godz.
Nie sprawdziłem przebiegu trasy, ponieważ chciałem, żeby była niespodzianką. Po obliczeniowym czasie dojazdu wiedziałem, że będzie ciekawie.
Już za Borkowem cieszyłem się jak dziecko. Widok promieni słońca, które przebijały się przez złoto wiszące na drzewach, przechodził moje najśmielsze oczekiwanie.

13

Potem, zaskoczył mnie brak asfaltu.
Nie ukrywam, że przeszła mnie myśl o poszukaniu bardziej cywilizowanej drogi. Ale wiedziałem, że od wielu tygodni nie padał deszcz, że droga przykryta liśćmi będzie sucha. Poza tym, skoro wystraszyła mnie szutrówka, to powinienem wykreślić z listy marzeń Azję, Islandię i inne ciekawe miejsca.
Przestałem się wahać. Wstałem na podnóżki i w skupieniu jechałem 40 km/h.
Czasem motek zatańczył pod tyłkiem, ale taka jest specyfika jazdy na off-roadzie.

14

15

Droga szutrowa zamieniła się w gruntową, następnie w ścieżkę, potem poszerzała i stała się kamienista. Po 6 km ciągłych przemian powrócił asfalt. Czułem niedosyt. Chociaż opony mam na szutry, tj. gówniane do jazdy typowo szosowej i off-roadowej (czyli do wszystkiego i do niczego), to Szerszeń poradził sobie z tym znakomicie, tfuu… ja poradziłem sobie znakomicie.
Dotarłem do Szydłowa. Niezwykła trasa. Przez ok 30 km minąłem dwa samochody. Wsie przez które przejeżdżałem nie były wsiami tylko z nazwy. Owszem, pojawiły się domy nowoczesne, ale nadal przewaga była tych drewnianych.
W jednej z wiosek zobaczyłem taki widok.

16

Skojarzył mi się ze starym ruskim filmem. Przede wszystkim urzekł mnie ten fragment drewnianego płotu.

W samym Szydłowie było ok. Widziałem wielu fotografów krzątających się po starej części. Znakiem tego musi być ciekawie. Choć ilość fotografów snujących się po dziurach nie określa stopnia atrakcyjności miejsca. Ale po części coś w tym jest.
Leniwie, bez zdejmowania kasku, wykonałem strzał typowy.

17

Nie tracąc zbędnie czasu (bo przecież nie przyjechałem tu na plener fotograficzny) pognałem nad Chańczę. Zalew w sąsiedztwie Szydłowa.
Po raz kolejny skończył się asfalt. Tym razem zadanie było znacznie trudniejsze. Droga do fajnego miejsca na plaży wiodła przez 50 metrowy odcinek kopnego piachu. Umówmy się, jazda po czymś takim na oponach do wszystkiego jest głupia. Ale w myślach zobaczyłem Azję, Islandię…
Stałem twardo na podnóżkach. Motocykl tańcował jak szalony. Dwa razy podparłem się i przygotowałem na położenie motocykla. Ku mojemu zdziwieniu nic takiego się nie wydarzyło. Jazda nie była w linii prostej, ale na plaży mogłem sobie na to pozwolić. Szerszeń w końcu przebił się do brzegu zalewu, gdzie podłoże było twarde i pewne w jeździe na jednośladzie. Zszedłem z motocykla, zdjąłem kask i spojrzałem na przejechany tor. Nie mam talentu do jazdy po piachu. Motocykl ważący 200 kg najmniej do tego się nadaje. Ale dałem radę. Znowu przepełniła mnie duma.

18

Zniszczyłem motocyklowy zestaw obiadowy i pognałem w stronę domu już wojewódzkimi drogami.
Wspaniała zabawa. Nie da się tego porównać z czymkolwiek. I choć dalszą część dnia wypełniło prasowanie, odkurzanie, zabawa z dzieciakami, to nadal w mej głowie królowały niezapomniane widoki.
To był ten dzień, o którym mówi się – dobry.