długi łykend

Dłuuuuugi weekend był…

Jak zwykle, taki czas staram się wykorzystać do cna.

Dzień 1 (sobota)

Miałem w planie motocyklowy trip… jednodniowy… zaplanowany w najmniejszych szczegółach… być może ostatni w tym roku.
Niestety, zupa była za słona ;-)

Być może, co się odwlecze, to nie uciecze. Nie mam ciśnień, ale bardzo chciałbym jeszcze pobujać się na motku przed zimą.
Wyprawa motocyklem do sklepu przestaje być fajna. Półgodzinne ubieranie i przygotowania do jazdy na motorze w takich warunkach, musi mieć konkretny cel.
Niemniej, kiedy misterny plan poszedł w odstawkę, udało mi się zmontować film z Grecji. Wrzucę go niebawem.

Dzień 2 (niedziela)

Na ten dzień długo czekałem. Od jakiegoś czasu zbieraliśmy się z najmłodszym Szwagrem na małe rowerowanie.
Z samego rańca, zerwaliśmy się z wyrek i pognaliśmy w drogę.
W planie było zwiedzanie okolic Sandomierza, a głównie wąwozów.
Droga do samego Sandomierza była nudna. Chcieliśmy być tam jak najszybciej, więc wybraliśmy boczne drogi asfaltowe.
Kiedy dotarliśmy do docelowej miejscowości, zwiedzanie rozpoczęliśmy od nowo powstałego parku u stóp zamku.

1

Być w Sandomierzu i nie zrobić foty zamku, to tak jak w ogóle tam nie być.
Potem nasze bajki poprowadziły nas na rynek, ale po drodze nie omieszkaliśmy powiększyć nasze ego. Niestety, faceci już tak mają. To jest w genach.

2

3

Zdjęcie przy studni jest bardzo ważnym elementem pobytu w Sandomierzu. Wszak, nikt by nie uwierzył, że tam byliśmy.

4

Kiedy się już tak wynarcyzowaliśmy, poszliśmy ze Śwagrem na browca, jak na prawdziwych śwagrów przystało.

5

W miejscu gdzie uzupełnialiśmy utracone elektrolity mieliśmy doskonały widok na ludzi, którzy tworzyli swoimi aparatami historię na NK, fejsie itp. Nie śmialiśmy się z nich… nic podobnego. Prawda jest taka, że każdy to robi wykorzystując lepsze, czy gorsze metody. Ale patrzy się na to fajnie :-)

Zebraliśmy dupy w troki i pognaliśmy spenetrować wąwozy, lub jak kto woli – rowy.

6

Zwiedziliśmy ich ze cztery. Było cicho, nastrojowo, a przede wszystkim brak turystów… tak jak lubię.

Drogę powrotną zafundowaliśmy sobie drogami polnymi, pomiędzy krajówkami 77 i 79.
W połowie dystansu dużo rozprawialiśmy na temat jedzenia.
– a ciekawe co mama upichciła?
– a szkoda, że nie wzięliśmy snikersów itd…
Nie ukrywam, że właśnie w najważniejszym momencie tej wyprawy ukazało się drzewo obwieszone potężnymi jabłkami. Czerwone, słodkie, pełne soku wypełniły nam puste trzewia.

7

Powrotny odcinek to bajka, którą uwielbiam przeżywać. Polne drogi, szutry, to radość dla mojego roweru. Śwagier ma na swoim koncie kilka nawiniętych setek, więc ta wyprawa była dla niego spacerkiem. Ja nakręcone kilometry poczułem w nogach.

Statystyki:
Dystans: 52 km (35 km – lekki off road, dużo uphillu)
Czas: 5 godz. (samej jazdy 2:55 godz.)
Zużycie energii: 1720 kcal.

Dzień 3 (poniedziałek)

W ten dzień moja ukochana zapragnęła od nas odpocząć, dlatego wygoniła nas z domu.
Mocną grupę trekkingowców stanowiła Lakaka (dzieci tak nazywały Nataszkę w Grecji), Miko no i ja.
Na początku wszystko przebiegało sprawnie. Poszliśmy do lasu uzbrojeni w dzidy, żeby założyć mały obóz, posilić się kiełbachą i wrócić do domu.

8

Lakaka wzięła moją dzidę (nieuzbrojona główica) i miotała nią we wszystkie strony.
Dlaczego z czymś takim chodzę po lesie.

12

W lesie niejednokrotnie napatoczyłem się na łażącego beztrosko psiura.
Mogę powiedzieć, że w 99%-ach pies widzący człowieka w lesie spieprza, aż się za nim kurzy. Jeśli nawet bydle nastawi się na małą potyczkę, to udawanie, że sięga się po kambura skutecznie odmienia źle podjętą decyzję zwierzaka.
Ale czasem zdarza się, że nie jest tak kolorowo.
Wielokrotnie chodząc z dziećmi do lasu wyobrażam sobie spotkanie z psem. Mały pies, mały problem, duży pies (owczarek niemiecki, bernardyn, doberman itp), straszny problem.
Rzeczowa dzida na wyprawach służy jako kij piechura. Jest lekka, wytrzymała. Dzięki miękkim uchwytom, jest nawet wygodna. Czy jest poręczna? Nie jest. Czasem wkurza. Ale cenię sobie pewność, którą mi dostarcza w ogromnej ilości.
Pewnie w potyczce z bernardynem, owczarkiem kaukaskim czy rottweilerem, które mają pyski jak wiadro niewiele będę miał do powiedzenia, ale tanio skóry nie oddam.

Wracając do naszej wyprawy.
Dzieciaki dzielnie zniosły dystans. Lakaka zaangażowała się w szukanie drewna na ognisko.

9

I wszystko przedstawiało się w różowych barwach do momentu, który dobrze znam. Słodki głos Nataszki oznajmił, chęć skorzystania z moich rączek i byłby mile widziany powrót do domu.
Już wcześniej podejmowałem próby ukazywania walorów takiej wyprawy, że za chwilę będzie ognicho…
– ja cem do domu, do mapusi (mamusi).
– ale Lalusiu, zaraz pójdziemy do domu, tylko…
– ale nie… ja cem do mapusi… – w tym momencie dołączają łzy i bardziej stanowczy ton, z którym nie walczę, bo dalsza dyskusja kończy się histerią… ehhhh kobiety ;-)

Do domu wróciliśmy z pełnym plecakiem i Lakaką na plecach. Niemniej, każdy taki wypad ma swój urok i to wchłonąłem w radością.

Dzień 4 (wtorek)

1 listopada. To dobry dzień. Wielu wybywa z domu, rusza na cmentarz wspomnieć utraconych bliskich, lub dalekich.
Na cmentarzu można spotkać znajomego, kogoś z rodziny. Zapytać co u niego. Zadeklarować się, że na pewno się zdzwonimy.
Poza komerchą, która towarzyszy przy wielu tego typu świętach, jest bardzo przyjemnie. Niemniej, groby swoich bliskich odwiedzam tydzień, czasem dwa tygodnie później. Wtedy jest cisza, spokój. Nie ma obijania się łokciami, szukania miejsc parkingowych…
Lubię w takich momentach być sam i przypominać sobie chwile spędzone z osobami, których groby odwiedzam.

Nigdy nie robiłem jakichś zdjęć z tych okazji. Przede wszystkim nie mam koncepcji na dobry strzał. Ale w tym roku zabrałem małego pierdzioszka. I żeby okrasić ten wpis zdjęciem postarałem się jakieś zrobić.

10

11