wypad do kazimierza – pierwsze motocyklowe marzemie

Kiedy na chwilę opada kurz po wielkiej gonitwie, następuje czas ładowania akumulatorów.
Należy go wykorzystać, bo kolejna szansa może nadarzyć się za kilka miesięcy.

Noszę w swoim umyśle pewien schowek. Nie zaglądam tam. Przeważnie są ważniejsze rzeczy do zrobienia gdy wolny czas nastanie.
Lecz nadchodzi dzień, w którym wchodzę do tajemnego pomieszczenia, wyciągam jedną z tysięcy paczek i otwieram ją.
W poniedziałek otworzyłem wizję, którą stworzyłem jak byłem małym dzieciakiem – wyprawa motocyklowa na rynek w Kazimierzu Dolnym i wypicie szklaneczki pepsi.
Jak byłem dzieciakiem, to wyobrażałem sobie też, że mam miecz laserowy jak Luck Skywalker. No ale na to muszę jeszcze trochę poczekać ;-)

Więc, wsiadłem na Szerszenia i pognałem w stronę Kazimierza.
To była moja pierwsza tak poważna wyprawa na motocyklu. Wyjechałem poza własne podwórko.
W czasie jazdy towarzyszyło mi ogromne podniecenie. Tak bardzo chciałem zobaczyć jak to jest być motopodróżnikiem. I nie ukrywam, że jest to jak narkotyk. Im dalej jedziesz, tym więcej tego pragniesz.
Zaczynałem zespalać się z maszyną. Po ponad stu kilometrach jazdy, z niezwykłą pewnością wchodziłem w zakręty. Uczucie jakie temu towarzyszy jest nieopisane.
Do Kazia miałem ponad 150 km. Przejechałem ten odcinek bez zsiadania z motka – kolejny rekord.

W czasie podróży, przez głowę przechodzi miliony analiz tego co się dzieje na drodze. Wszystko to przeplata się z jakimiś głębszymi myślami i ‚motylkami’, które się czuje w brzuchu na pierwszej randce.
Gdyby zrobić listę rzeczy dobrych i złych, to niewątpliwie coś takiego znalazłoby się po stronie dobra.

Kiedy zajechałem na kazimierzowski rynek przywitała mnie pustka, której zresztą pragnąłem.
Po wyłączeniu silnika znikł dzienny licznik kilometrów i pojawiła się taka liczba :-)

73

Rozsiadłem się wygodnie pod parasolem, zamówiłem kultowy napój i planowałem kolejne etapy drogi.

72

Po godzinnej przerwie kolejny raz wsiadłem na motocykl i pognałem na Albrechtówkę. Góra u podnóży której mieści się mała wieś Męćmierz (Mięćmierz).

74

To jest miejsce, w którym narodziła się moja podróżnicza dusza. Miejsce, które minimum raz do roku odwiedzam. Jest dla mnie koniecznym rytuałem. Tu kalibruję na nowo siebie.
Na Albrechtówce byłem o dwunastej w południe. Ale najcudowniej jest o dwunastej w nocy. Kiedy pełnia księżyca oświetla panoramę, a niebo pełne gwiazd zamyka kompozycję. No i cisza przerwana dźwiękiem otwieranej butelki piwa. Wtedy jest perfekcyjnie.
Ale jak się nie ma co się lubi, to cieszy też pobyt o dwunastej w południe :-)

Posiliłem się kazimierzowskimi cebularzami i zjechałem do Mięćmierza.
Kolejne etapy to prom do Janowca i drogi powiatowe do domu.

Zabawa przednia. Chyba tak mogę skomentować cały ten dzień.
W sumie, przejechałem ok 320 km. Zastanawiałem się jak to wpłynie na mnie. Czy bardzo będę zmęczony, zdegustowany, zawiedziony… Nic z tych rzeczy :-)
Jedyny minus nad którym muszę popracować, to siedzenie. Tyłek bolał mnie niemiłosiernie. Muszę zdobyć koraliki (dawniej stosowane w Polonezach), które będą masowały szacowne cztery litery podczas długich podróży. Widziałem taki patent ;-)