małe brrrrrruummmm

No nie daję rady…

Siedzę przed komputerem. Za oknem świat skąpany w słonecznych promieniach. Temperatura na zewnątrz: 1 stopień na plusie. To chyba ciepło?
Na chwilę sobie wyobrażam sytuację, w której znikam na godzinę… Godzina to chyba niedługi czas? Na pewno nie we wszechświecie.

Bezwiednie wstaję… nic się nie dzieje….
Wkładam kurtkę i przestępuję próg biura… nadal nic.
Wsiadam do samochodu i kieruję się do domu, a potem do garażu… cisza i spokój.
Zdejmuję plandekę z Szerszenia… kusi.
Kluczyk do stacyjki jakby sam wpada. Ręka przekręca się o kilkadziesiąt stopni w prawo, po czym kciuk wciska starter… brrrrrymmmm…
Nadal Ziemia się obraca…
Wkładam właściwy mundur i dosiadam warczącą bestię.
Sprzęgło, bieg, lekko gaz i ponownie sprzęgło… ruch…
Pewnie powinienem zrezygnować z tego co teraz robię, ale… o ja pierdolę… ale nie zrezygnuję!
Kolejne biegi wskakują przedziwnie gładko…
Nie rozpędzam się przesadnie… właściwie nie oto chodzi… utrzymuję prędkość turystyczną…
Mijam drzewa, domy, puste przestrzenie. Droga przede mną się rozwija i układa to w docinki proste, czasem w zakręt, podjazd lub zjazd.
Świętą Kasię osiągam w kilka chwil… nie wiem jak długo, czy krótko… mam to głęboko w dupie.
Schodzę z maszyny i daję kilka kroków.
Przyglądam się jak Szerszeń lśni w Słońcu.
Nie wydłużam tej chwili, bo już tęsknię za drogą.
Kolejny dosiad, kolejne czynności wprawiające motocykl w ruch.
Wracam do domu.
Wjazd do garażu… jeszcze moment delektuję się warkotem silnika… i stop… cisza…
Szerszeń znika pod plandeką, mundur wędruje na wieszak.
Po 15 minutach tkwię w biurze przed komputerem.
Nikt nie zauważył mijającej godziny. Świat też jakby taki sam. Niby wszystko jest w najlepszym porządku.
Lecz coś się zmieniło.
Uśmiecham się w ciszy do siebie. Moja dusza tańczy…

125