nartowanie w zakopanem

Ale tu cisza…

Byłem w górkach. A dokładniej w Zakopcu. I chociaż byłem tam czwarty raz, to nadal nie wiem jak Zakopane wygląda… podobno nie mam czego żałować.
Co mnie tam wywiało?
Nart mi się jakoś zachciało. To znaczy, wypad ocierający się o śnieżne szaleństwo, ogólnie jest tak nazywany.
Ja z nartami mam niewiele wspólnego. Za to snowboard… oooo… zakochałem się.
Do tej pory, wypad z ekipą na narty kojarzył mi się z ostrą balangą. Bo właściwie o to chodzi. Wyjechać, wyluzować się na maksa i wrócić do codziennych obowiązków.
Ale już rok temu dotknąłem czegoś, co mnie lekko wciągnęło – snowboard. W tym roku, ostro dorwałem się do deski.
Taki wniosek mi się nasuwa:
Jeździć na snowboardzie, można się nauczyć tylko wtedy, jeśli się tego bardzo pragnie.
Nauka jazdy na desce jest okupiona bólem dotkliwym (zwichnięty bark – ból 4 dni, zwichnięty łokieć – ból 1 dzień, miliard gleb – ból tyłka 2 dni). Lecz, gdy przejdzie się moment w którym załapuje się o co chodzi, wita radość przeogromna.
Skręcanie na snowboardzie przypomina jazdę na motocyklu.
Podczas skrętu występuje klasyczna równowaga sił, które utrzymują człowieka w sporym wychyleniu. Przewaga jednej z nich kosztuje ból :-)
Profesjonaliści (bywali tacy na stoku) jeżdżący na dobrym sprzęcie, przy dużych prędkościach i będąc wyprostowanym dotykali dłońmi nawierzchnię stoku… fajnie. Ja miałem podobne chwile :-) Uczucie nieziemskie.
I wiem jedno… nie stanę na nartach już nigdy :-)

100

Było też coś na stoku, co mnie urzekło.
Pewnego razu usiadłem na szczycie naszej górki. Byłem jednym z pierwszych tego dnia. Zapiąłem dechę do stóp i delektowałem się widokami. Czasem tak robiłem przed zjazdem. Taka forma koncentracji.
No i sobie siedziałem… W pewnym momencie, na stok wjechał mały chłopiec. Mógł mieć 9… może 10 lat. Był zakopiańczykiem. Też miał ze sobą snowboard.
Usiadł kilka metrów przede mną i tak samo jak ja, zapiął dechę do stóp. I wtedy, ten mały człowiek uczynił coś pięknego: zdjął czapkę, przeżegnał się, chwilę się pomodlił i ponownie uczynił znak krzyża… po czym wstał i pojechał w dół.
Nadal siedziałem i rozmyślałem. Docierało do mnie, że gdzieś się pogubiłem. Może nieznacznie, a może katastrofalnie. Tego jeszcze nie wiem. Ale próbuję się co dzień dowiedzieć. Ten mały chłopiec zmienił moje życie.
Zabawne… Jak proste czynności, które wykonują bezwarunkowo małe istoty, mogą przewrócić dorosłemu człowiekowi świat? (w sensie pozytywnym)

Miałem okazję zobaczyć Wielką Krokiew.
Nie jestem zagorzałym fanem skoków narciarskich, ale jak mam okazję popatrzeć w telewizorni na tych odważnych ludzi, to nie zaprzepaszczam jej. Niezwykle cenię sobie pracę Adama Małysza. Swoją wytrwałością, zaangażowaniem i odwagą może zawstydzić niejednego.
Na skocznię, wpuścił nas pan ochroniarz. Udało nam się dotrzeć do progu. Już z tamtego miejsca, można po części zrozumieć, ile blokad skoczkowie mają wyłączonych. To jest sport ekstremalny. Dopiero będąc na górze skoczni można sobie uzmysłowić tę trudną drogę, jaką pokonują skoczkowie, aby bezpiecznie wylądować. Niezliczone godziny treningu, wyrzeczeń, a potem presja otoczenia, kibiców…

Zrobiliśmy kilka fotek z tej wycieczki.

102

103

Mieliśmy okazję do świętowania.
Okazji do świętowania nigdy nie brakuje. Ale ta była prawdziwa, oryginalna ;-)

Niech teraz przemówią zdjęcia :-)

104

105

106

107

I tak nam uciekły dni… niepostrzeżenie.
Uciekł czas, który został w głowach.

108

I jeszcze strzał z głupimi minami.

109