mój pierwszy raz

Zaliczyłem przejażdżkę na własnym motocyklu… dotarłem do czarnej, mokrej. (Jeny… jak to pięknie zabrzmiało… ‚na własnym motocyklu’). Na licznik, nabiłem pierwsze 10 kilometrów. Bajka…

W wolnej chwili planuję dwie, motocyklowe wyprawy.
Pierwsza: do Kazimierza Dolnego (1 dzień).
Kiedy byłem pęcłem, patrzyłem z podziwem na motocyklistów wkraczających na rynek miasteczka swoimi maszynami. Widziałem ich, jakby w zwolnionym tempie. Zsiadali z motocykli, zdejmowali kask, rękawice… Kiedy odchodzili się napoić, następowała chwila dla gapiów. Czasem dotykałem manetki gazu niektórych, co ciekawszych bestii… jak to dziecko. Wmówiłem sobie wtedy, że pewnego dnia, ja przyjadę na kazimierzowski rynek swoim motocyklem. Zejdę z maszyny, zdejmę kask i napiję się pepsi na schodkach. Choć wolałbym piwo. Ale wtedy, z dalszej jazdy nici. Więc będzie pepsi. Motocykliści z dziecięcych obrazków też pili pepsi :-)

Druga: na Mazury (3 dni).
Mazury to kraina, którą bardzo kocham. Cieszę się, że jest ona w naszym obszarze. Dostępna na wyciągnięcie ręki. Wiem, że miejsca w których przeobrażałem się nie są takie jak kiedyś. I będąc tam na pewno się rozczaruję. Ale mam to gdzieś. Nad Saskiem po raz pierwszy jeździłem na motocyklu. To wystarczający powód aby pojechać w stare miejsca. A poza tym, chciałem odwiedzić tę krainę z pozycji szczura lądowego. Łodzią nie wszędzie można dotrzeć :-)

Póki co, uczę się Szerszenia. Rozkładam go na części i składam na nowo.
Niebawem (kiedy dotrze do mnie klucz dynamometryczny o zakresie 20÷110 Nm), Szerszeń otrzyma nowy olej, smary… i gniazdo zapalniczki pod nawi.

Reklamy