la guitarra

Pewnego dnia zajechaliśmy do rodziców mej ukochanej.
W pokoju najmłodszego szwagra, w kącie stała ona… jakby za karę…

104

Nie wyglądała tak jak teraz. Była zakurzona?… zabrudzona?… nieeee. to nadal niewłaściwe słowa… była upierdolona na maksa (ooo… teraz trafniej)… piec też…
Chwyciłem ją w swe dłonie i przeciągnąłem palcem po strunach. Jak się spodziewałem, usłyszałem jęk.
Na gryfie miała napięte struny typu szlif. Nie wiem jak weselnicy na tym grają, ale radzą sobie. Szlify zostały wynalezione po to, aby nie było charakterystycznego pisku podczas biegania palcami po progach. I faktycznie nie piszczą. Ale nie ma też duszy w brzmieniu tych strun.

Historia ‚la guitarry’:

– mamo chcę mieć gitarę. Widziałem na MTV kolesi jak grają… ja też tak chcę… może zostanę gwiazda rocka…- rzucił mały chłopiec.
Mamusia spełniła milionowe życzenie swojego dziecka. Kupiła zestaw dla początkującego rockmana.
Chłopiec brzdąkał całe dwa dni i nie został gwiazdą rocka. Czuł się oszukany. Zatem, telewizja kłamie – pomyślał chłopiec… No cóż… nie on pierwszy się o tym przekonał.
Tak, czy siak, ‚la guitarra’ początkowo wylądowała w rogu pokoju chłopca. Ale drażniła swoim widokiem… przypominała o niespełnionym marzeniu. Więc znalazła godne miejsce na strychu. Lecz po roku, remontowany strych był zbyt ciasny dla biednej ‚la guitarry’.
W garażu ‚la guitarra’ spędziła kolejny rok. To dobre miejsce żeby ją zapakować na samochód i wywieźć jak niepotrzebnego zwierzaka.
I w tym miejscu historii, pojawia się mój najmłodszy szwagier. Jako muzykant – amator, dostrzega pod stertą łopat i grabi coś, co przypomina instrument… zabrał ją do domu.
A w tym miejscu historii, pojawia się Piotrek. Ten, który w swoich łapach dzierżył wiele ‚las guitarras’. O Piotrku można powiedzieć, że przed piętnastu laty był swoistym kasanową wśród gitar. Każdą dotykał, próbował. Wielokrotnie myślał Piotrek o tym, aby mieć coś takiego w domu, ale nie było czasu, ważniejsze wydatki odepchnęły ‚las guitarras’ z Piotrkowego życia. W końcu się ustatkował i zapomniał jak pięknie jest tulić taki kształt. Aż do dnia, gdy spojrzeniem wydobył z krajobrazu szwagrowego pokoju, upierdoloną, czarną piękność.
Kilka korekcji w naciągu strun spowodowały czysty dźwięk akordów. Piecyk też funkcjonował nienajgorzej. Trochę kabel siał… ale kabel, to ciastko z kremem dla Piotrka.
Najmłodszy szwagier dostrzegł iskrę w oku swojego jedynego szwagra. Rzucił nawet, że ‚la guitarra’ jest do wzięcia. Słowa ‚do wzięcia’ zabrzmiały w uszach Piotrka jak dzwony kościelne, obwieszczające uroczystość.
Gitarowy kasanowa grał i grał… tzn. próbował grać… paluchy choć zgrabiałe dawały radość.
Po chwili ukochana obwieściła Piotrkowi, że ‚la guitarra’ jedzie z nami do domu i mogę potraktować ją jako urodzinowy prezent.. Chłopiec zgodził się oddać zepsutą zabawkę za całe 200 zł. Dla ‚la guitarry’ był to policzek. Ale miała świadomość, że od tej pory, będzie tylko w dobrych rekach.
W warsztacie nowego właściciela, rozebrana na części pierwsze, wraz z piecykiem odzyskała dawny blask. Nowe struny (nie szlify) przemówiły właściwymi dźwiękami. Popłynął sok do uszu Piotrka… nie mylić z miodem, ponieważ miód wypływa z uszu ;-)

Koniec historii.

Każdy instrument daje mi ukojenie, kiedy mam wszystkiego serdecznie dość. Czasem myślę, że muzyka jest najlepszym lekarstwem na frustrację. Te małe rzeczy, czasem duże (ograny kościelne) zabierają z ludzkiego organizmu nagromadzone toksyny. I nie ważne jaką muzykę grasz: czy kocią, czy klasyczną… to pomaga.

Skręciłem film ukazujący próbę zagrania przeze mnie utworu Metallicy – Wherever I may roam. Chcę z góry przeprosić zespół Metallica za ten wymiot, ale nie mogłem się oprzeć, żeby to zrobić :-)

I lineczka dla tych, co mają problem z Internet Explorer i dla tych, co chcieliby obejrzeć wersję HD

>>> la guitarra <<<
Wersja HD jest dla tych co mają szybkie łącze, lub wysokiej klasy cierpliwość :-)