zdarzenie

Przechadzam się ulicami, bo słoneczko świeci, wiosna wróciła.
Wyłaniam się zza rogu budynku, widzę, że leży człowiek z centralnie przyłożoną twarzą do betonowej nawierzchni chodnika. Sapie, próbując złapać powietrze. Trochę ma problem. Prawdopodobnie złamany nos, wyciek śluzu przez usta i ta twarz, centralnie przyłożona do chodnika. Najebany w trzy dupy… masakra.
Obok przechodzą ludzie kręcąc głową.
Pojawiła się krew… rozwalone czoło i nos.
Nie zastanawiając się, podchodzę do gościa i razem ze starszym od siebie przechodniem próbujemy go podnieś i posadzić na ławce.
Kiedy bez mała osiągamy sukces, młody pijanica dostaje padaczki i zaczyna krzyczeć.
Mój pomocnik panikuje.
– ja pierdolę… on ma padaczkę… nie wiem co się robi…
– spokojnie – próbuję załagodzić sytuację – połóżmy go na prawym boku…
Pijany gość szarpie się w niekontrolowanych ruchach. Pomocnik zniknął mi z pola widzenia… nie wytrzymał :-(
Wokół kordon ludzi gapi się w milczeniu. Słyszę z boku jakiś płacz dziecka… przestraszyło się widoku.
– zostawcie mnie, nie bijcie!! – z wielkim trudem cedzi słowa przez zaciśnięte zęby drinker.
Niezwykle ciepłym głosem uspokajam ‚pacjenta’.
– ćśśiiii… spokojnie… nikt nie chce zrobić ci krzywdy… spokojnie, spokojnie…
Poklepuję go delikatnie dłonią, bardziej asekurując by nie stracił bezpiecznej pozycji.
Po minucie, może dwóch… nie wiem… czy ciepły głos, czy delikatny dotyk, łagodzą konwulsje do zera.
Gość, usnął… czasem mięśnie nim szarpną, ale można powiedzieć, że sytuacja jest opanowana. Drogi oddechowe ma drożne, choć cała twarz wysmarowana jest krwią i śluzem.
Z tłumu gapiów padają ciekawe propozycje.
– może podłożyć mu coś pod głowę?… czy ktoś zadzwonił na pogotowie?… tak ja dzwoniłem… ja też ale 112 nie odpowiada, ciągle zajęte… w sklepie pani mówiła, że też powiadomiła pogotowie… niech pan sobie potem w sklepie ręce umyje, nie wiadomo co takiemu dolega…
– nie umrę – wyśmiewam sugestię bohaterów…
Z oddali słyszę syrenę ambulansu.
Po chwili wyskakuje dwóch sanitariuszy i fachowo zajmują się człowiekiem.
Opowiadam im spokojnie jaką sytuację zastałem i co się działo podczas ich nieobecności.
Jeden pod nosem się śmieje – ale delira…
Pakują klienta na nosze.
– potrzebny jeszcze jestem – zadaję pytanie.
– nie… dziękujemy
Odchodzę…
Już nie zachwycając się wiosenną pogodą, w głowie analizuję całe zajście. Miałem szczęście, że ten człowiek nie stracił akcji serca, bo wtedy, czekałaby mnie zabawa z jego krwią i śluzem na twarzy. Cały surwiwalowy pakunek (rękawiczki i maseczkę do sztucznego oddychania) miałem w samochodzie, w plecaku, 60 m od miejsca zdarzenia.
Tak na przyszłość… Ten sprzęt trzeba mieć w portfelu… spokojnie się tam zmieści…