szept

Zaczął się okres w moim życiu zawodowym, kiedy mogę powiedzieć, że mam przejebane… i wszyscy, którzy mnie otaczają też. Chodzi o to, że moi ukochani próbując ze mną żyć, widzą tylko cień. Na szczęście trochę się już przyzwyczaili ;-)
Ale jest też coś dziwnego, czego nie potrafię racjonalnie wytłumaczyć.
W trakcie wzmożonej aktywności mojego umysłu, przechodzę chwilami w stan jakby odbioru (nie wiem jak to nazwać). Heh… wiem, że wygląda to trochę nienormalnie, ale właśnie tak jest. Wśród chaosu myśli powstają takie, których sobie nie życzę… które powstają w celu (może) zrównoważenia. I choć są małe to krzyczą najgłośniej. I robią to do momentu, kiedy czegoś z nimi nie zrobię… nie przeleję na papier.

Kiedyś mówiliśmy do siebie ‚kochanie’.
Pamiętasz… to było wtedy, kiedy nasze dusze przywoływały się i czekały na siebie z utęsknieniem.
Dziś jest zimna noc.
Macham rekami, łapiąc bezskutecznie pustkę.
Jeśli ktoś chciał dotrzeć na koniec świata, dotarł właśnie tutaj.
Pod stopami trzeszczą popękane serca… już bez życia i nadziei.
Nie jestem w tym miejscu pierwszy, choć tak bardzo pragnę być ostatni… spalić za sobą most, by nikt tutaj nie trafił.