bliskie spotkanie z czworonogiem niemiłym

W niedzielę wyskoczyłem sobie na rowerek… niestety, samotny rajd.
Trochę kluczyłem po radomskich polach i lasach. Wreszcie dojechałem do jakiegoś, ukrytego w lesie osiedla domków jednorodzinnych.
Klucząc wąską, osiedlową drogą zwróciłem uwagę na chmarę psów szczekających za płotem. Jakoś instynktownie rozumiałem, że pakuję się w kłopoty. W końcu gdzieś może być niezamknięta brama, dziura w płocie itd. Lecz brnąłem dalej mając nadzieję, że tym właśnie szlakiem dojadę do pól, a stamtąd już rzut beretem do domu. Droga doprowadziła mnie do ślepego zaułku. Za płotem ciągle ujadały psy.
Nagle jedno szczekanie dobiegło zza moich pleców.
Rozpędzone bydle wielkości owczarka niemieckiego było już tylko 10 m ode mnie.
W panice schodząc z roweru przewróciłem się.
Układ nerwowy wpompował do mojego krwioobiegu porządną dawkę adrenaliny.
W ułamku sekundy pozbierałem się i pierwszy atak odparłem rowerem.
Pies zatrzymał się i szykował do drugiego natarcia.
Obrona była bezcelowa. Postanowiłem i ja zaatakować.
– no chodź ty skurwysynu!!! – wydałem z siebie dźwięk na tyle przeraźliwy, że czworonożne zwierze odstąpiło o metr.
Byłem pewien, że wojnę psychologiczną wygrałem.
Schyliłem się żeby zamarkować sięgnięcie po kamień. Pies odsunął się o kolejne kilka metrów.
– o nieeeee suczy synu… ten dzień się tak nie skończy – pomyślałem.
Między mną a psem zauważyłem kawał łaty drewnianej, idealnie leżącej w dłoni. Jej waga gwarantowała mi likwidację psa za pierwszy uderzeniem.
Ruszyłem w pogoń za bydlakiem, wykrzykując kolejne epitety pod jego adresem.
Psisko skulone wbiegło na swoją posesję jak mysz pod miotłę. Kiedy dobiegłem do bramy odległość między bestią, a mną wynosiła ok. 80 m.
W szale zacząłem kopać furkę, która się nie domykała i tłuc z całych sił drągiem w bramę, mając nadzieję, że wyjdzie właściciel, że właśnie jemu zajebię tym kołkiem w łeb dosadnie tłumacząc, że ja sobie poradziłem z jego pieskiem, lecz przechodzący tędy dzieciak, nie będzie tak zaradny. Przez chwilę czekałem… ale z domu nikt nie wyszedł…

Kiedyś rozmyślałem o sytuacjach, w których będę musiał walczyć o życie… moje lub rodziny. Zastanawiałem się czy jestem w stanie jeszcze wykrzesać w sobie właściwy instynkt samozachowawczy.
To futrzane gówno obudziło we mnie coś, co drzemało przez lata.

Jestem Kefas (Piotr) czyli skała…