nocne quadowanie

W sobotę spełniło się jedno z miliona moich marzeń.
Byliśmy ustawieni u Miśka na działeczce (środek lasu), żeby poczuć telebimową atmosferę chorzowskiego stadionu, na którym Orły walczyli z Wyspiarzami o awans do MŚ.

Tak czy siak, meczyku nie oglądałem. Jak się okazało to chyba dobrze…. nieeeee…. na pewno dobrze, a nawet zajebiście.
Tuż, przed Miska posesją, stała mała bestia z napędem na cztery koła… bak wypełniony paliwem po sam koreczek.
Dorwałem się do tego cacka jak dziecko, które pierwszy raz siada za kierownicą samochodu swojego ojca.
Misiek wypatrzył spojrzenie małego chłopca i szybko uzbroił mnie we właściwy strój.

100

 

Jak się potem okazało, obaj jesteśmy nieźle pojebani na punkcie wypraw offroad-owych. Z tą różnicą, że on jest offroad-owcem, a ja tylko marzycielem :-)

Swoją wyprawę zacząłem po godzinie 19:00. W lesie panowała kompletna ciemność. Wszyscy obstawiali, że się zgubię i wykonam w ciągu godziny telefon do przyjaciela. He, he… tylko nikt nie wiedział, że las to mój drugi dom.

Po godzinie, w moje głowie miałem narysowaną mapę ważnych dróg leśnych w promieniu 3-4 km od Miskowej działki. Zadanie było o tyle trudne, że mój umysł rejestrował wszystko to co oświetlił quad. Kiedy dojeżdżałem do krzyżówki, na której zmieniałem kierunek, ostro hamowałem, a po opuszczeniu skrzyżowania stosowałem szybki start. Agresywny bieżnik quada charakterystycznie zaznaczał moją obecność na rozdrożach. Jazda przypominała świadome błądzenie po labiryncie. Kolejny etap wyprawy to podróż do okolicznych miasteczek i wsi, przeprawy przez potoki, błota, polne rżyska… wszytko po to, żeby wycisnąć z ekstremalnej podróży jak najwięcej radości.
Po czterech godzinach z bólem w sercu oddawałem Miśkowi małą bestię.

Trochę filmowałem. Ale nie za dużo. Jazda w nocy na quadzie, bez jednej ręki to słaba atrakcja :-)

P.s. Dzięki Ci Michu za to przeżycie. Teraz wiem na co zbieram pieniądze ;-)

Gdyby coś nie cziło to chwyć za linę          >>> nocne quadowanie <<<