mazurskie retrospekcje

Mówi się, że najlepszy okres w życiu człowieka przypada na 18÷23 rok życia.

Ja nie narzekam na gorsze okresy w moim życiu, ale faktycznie lata 18÷23 były szczególne i za to głównie dziękuję rodzicom… za cierpliwość, wyrozumiałość… za wolność.

Kiedy ukończyłem 18 lat wymyśliłem sobie, że zapracuję na swoje wakacje. Pomysł wziął się stąd, iż moi koledzy, by wyjechać gdzieś w Polskę, musieli właśnie w ten sposób zasilić swój porfwel.
Imałem się różnych zajęć, ale jakoś nie miałem do tego serca. Wtedy mój tata do mnie rzekł.

– synu… w swoim życiu zdążysz się napracować. Póki co, proponuję taki podział ról. Ty się uczysz, a ja cię utrzymuję.

Kompletnie nie zrozumiałem tych słów. Jak wielkie przesłanie niosły ze sobą.

Postanowiłem w wakacyjny czas nie siedzieć w domu. Koledzy do pracy, a ja do Kazimierza Dolnego.
Sam, zdany na łaskę losu, co dzień pojawiałem się na rynku i łapałem życie garściami. Fundusz dzienny wystarczał na cztery browarki i trzy zupy pomidorowe. Panie w restauracji miały niezły ubaw kiedy mnie widziały w drzwiach. Czasem dawały gratis w postaci drugiego dania. :-)
Historia mojego życia spędzonego w Kaziku, jest długa i kolorowa. Dziesiątki poznanych ludzi, myśli. Być może kiedyś to przeleję na powierzchnię monitora.

Jakkolwiek było w Kaziu, na początku sierpnia powracałem do domu, by przepakować plecak i wyruszyć na Mazury z moimi ‚bogatymi’ kumplami ;-).

Na mazury jeździłem od podstawówki… z rodzicami.
Na początku średniej szkoły, rodziców zastąpiło towarzystwo z podwórka… jakieś 15 osób. Wtedy poczułem smak taniego wina :-)
Z wolna zacieśniała się więź moich kumpli z klasy, z technikum. Nasze wspólne wypady na Mazury zaczęły się w roku 1990, chyba jesień.
Grupę stanowiłem ja, Kłosek i Dżordżyk. Na dworcu pojawił się też Szymanek ale w ślad za nim przyszedł jego tata, wykrył, że synek nieźle przyciemnił i podróż Szymanka na tym etapie się zakończyła.

Miejsce, w które jeździliśmy, odkrył Kłosek. Był to ośrodek warszawskiego browaru i zakładów meblarskich z Olsztyna. Wszystko osadzone w środku lasu, nad jeziorem Sasek Wielki.
By tam się dostać, pociągiem jechaliśmy do Olsztyna (przesiadka w Warszawie), potem PKS-em do Jęcznik, a trzecim etapem podróży stawał się 7 km marsz przez las. Wszystko trwało 12 godz.
Jako, że najbliższa cywilizacja mieściła się ok. 15 km, trzeba było mieć wszystko ze sobą. Picie, jedzenie, picie… dużo picia ;-)
Na miejscu byliśmy tylko my i niewidzialny leśniczy, Gienek.
Łowiliśmy ryby, piliśmy, chyba trochę gadaliśmy i ćwiczyliśmy wspinaczkę po drzewach oraz rzucanie nożem. Wszytko po to, by wyjść cało po konfrontacji z dzikiem. Wokół naszego domku odkryliśmy ślady parzystokopytnej zwierzyny, zrytą ziemię… Pod koniec naszego pobytu okazało się, że domniemane dziki to zwykłe świnie. :-)

Niestety.. jakoś nie myśleliśmy wtedy, by to wszystko rejestrować na kliszy… szkoda. :-(

Rok 1991 – wiosna.

Grupę mazurskich podróżników zasilił Zbycho… kolega z ławki. Atrakcją było picie i rozmowy, no i ogólna rozpierducha.
Oczywiście zdarzały się wpadki. Zbycho nie miał doświadczenia w byciu (piciu) z nami na Mazurach i schował swoją kolację pod poduszkę Kłoskowi… tę, którą wcześniej zjadł ;-)

Brak zdjęć :-(

Rok 1991 – wakacje.
Cały ten okres spędziłem w Kaziku.

Rok 1992 – wiosna.

Zaraz po obronie prac dyplomowych, tuż przed maturą, na dworcu pojawiłem się ja, Kłosek, Gruby, Odpust i Jack.

Każdy posiadał osobowość. Byliśmy już inni, zgrani i maksymalnie pojebani.

Podróż w pociągowym kiblu, na plecakach.

101

Marsz leśnym traktem.

102

Dom, który nas gościł, nosił imię ‚Poziomka’.

303

302

W mojej szafce nie było dużo ubrań ;-)

103

Nocne szantowanie przy ognisku.

104

300

Jako główne atrakcje podczas naszych wypadów królowały: picie, kąpiele w jeziorze, niekończące się rozmowy, dzień kawałów… i wszystkie głupoty świata jakie zdołaliśmy wymyślać.

105

301

A na końcu naszego pobytu byliśmy bez grosza i humoru. Powrót do rzeczywistości… za kilka dni matura :-(

106

304

Białe skarpetki :-)

Dzień kawałów stał się stałym punktem naszych mazurskich pobytów.
Strzyżenie szczoteczek do zębów z pozostawieniem jednego pędzelka, w wyniku cieplnej obróbki zmienianie szczoteczek w plastikowe kulki, przecinanie kroku w majtkach, wypełnianie skarpetek piachem, puszczanie zdechłego wróbelka w stronę kolegi, wkładanie nóżek zdechłego wróbelka do śpiwora, zabieranie garderoby podczas kąpieli pod prysznicem, polewanie wodą w kiblu podczas opróżniania się, solenie herbaty, ok 10 kombinacji z namiotem i milion innych wariactw.
Zasada była prosta. Podczas tylko jednego dnia (mazurskiego wypadu) każdy kawał był dozwolony. I co ważne… nie można było powtarzać numeru. To czyniło nas kreatywnymi ;-)

Rok 1992 – wakacje.

trochę się zmieniło.

Krajobraz wypełniały dziewczyny. Zaczęliśmy mądrzeć… na szczęście nie wszycy :-)

Na dworcu pojawiłem się ja i Gruby, Jack, Kłosek, Odpust, Dominik (brat Grubego), Mazek, Szymanek z Żabą, Muniek (brat Szymanka), Dżordżyk z Ilonką i dziewczyna, która na dzień dobry odziedziczyła przezwisko Laska.

To był czas, w którym zaczęliśmy się zakochiwać… tak na poważnie. Na szczęście nie wszyscy ;-)

Nie zmieniły się nocne granio-śpiewanie.

107

108

109

Nie zmienił się nasz stosunek do życia… nadal byliśmy porąbani :-)

113

110

114

112

Ten widok towarzyszył mi przez całe życie… czy to podczas szukania kleszcza, czy na imprezach… czy tak po prostu, bez okazji…

118

Swoim zachowaniem przyciągaliśmy ludzi jak muchy do lepu… dziewczyny ;-)

Marta

111

Kilku z nas zakochało się w Marcie… ja też.

Była też Katarzyna o błąd włosach.

116

Znowu się wszyscy w niej zakochali… najbardziej Dominik.

Była też Agnieszka.

115

I tak spędzaliśmy każdą noc, przez prawie cztery tygodnie.

117

Rok 1993 – wakacje.

Na dworcu pojawiłem się ja i Gruby, Dominik (brat Grubego), Jack, Kłosek z Żabą (ale nie Szymankową Żabą), Mazek, Szymanek z Żabą nr 1, Muniek (brat Szymanka), Dżordżyk z Ilonką, Sonia z Martą i Klarysą, Dwie Agaty, Ryba, Marcin i jego brat Tomek, Dżordż Exclusive i Tomek kulturysta.

Grupa rosła w oczach. Mieliśmy już do dyspozycji jeden samochód (maluch). Przewóz piwa stał się łatwizną. To już nie była całodzienna wyprawa po 250 butelek piwa (Jurand) co dwa dni… oficjalna wersja brzmi, że w hurtowni mieli tylko 230… droga była długa ;-)

To był rok pod znakiem ostrych balang, Adasiowego markotnika i żeglarstwa prze duże ‚Ż’. W 1993 roku nauczyłem się łapać wiatr z żagiel windsurfingu i bączka.

400

Dobrzy żeglarze ze Szczytna (rodzina Marty), zabierali nas na szaleństwo Omegą.

Wtedy też poznaliśmy chłopaków z Ostrołęki… nieźle pojebani… swój ze swoim zawsze się dogada :-)

401

402

403

404

Pewnego wieczoru odwiedziły nas dziewczyny w Warszawy… Edyta i Kasia… nasze muzy… na pewno moje ;-)
Niestety przywitałem je w białych skarpetkach… co za klęska.

407

W miedzy czasie pożegnaliśmy Sońkę, Martę i Klarysę.

406

A po wielu, wielu dniach i my musieliśmy wrócić do rzeczywistości… zdjęcie pożegnalne.

405

Rok 1994 – wakacje.

Na dworcu pojawiłem się oczywiście ja i Gruby, Dominik (brat Grubego), Gelos (najmłodszy brat Grubszego i Dominika), Jack, Kłosek z Żabą, Mazek, Szymanek, Muniek (brat Szymanka), Dżordżyk z Ilonką, Sonia z Martą, Ryba, Beti, Magda, Marcin i Agata, Dżordż Exclusive i Szymon kulturysta ze swą miłością, Misiek z Beatą i jakaś para, która przyjechała z Miskami, ale nie wyłazili z namiotu więc tak jakby ich nie było… poważnie, cały wyjazd w namiocie. Obok nas rozbiła się Edyta z Wawy, Karczu, Banan – wzór niedościgniony i chłopaki z Ostrołęki.

Ten rok był znakiem zmian. Na moich nogach pojawiły się czarne skarpetki, w głowie milion pomysłów.
Słońca nie było zbyt wiele, ale już dawno przestaliśmy się opalać.
W ciągu dnia królowały karty, książki, trochę żeglarstwa…

507

Trochę się wygłupialiśmy :-)

505

500

Fotka z dnia kawałów… Gelos trzyma wygoloną szczoteczkę Grubszego… zostawiłem w niej jeden pędzelek, by Grubszy mógł utrzymać higienę jamy ustnej, do końca pobytu :-)
Ja, tego dnia rankiem, miałem problem z rozsunięciem suwaków w namiocie. A lać mi się chciało jak cholera. Krzyczałem, wołałem ale zamiast pomocy słyszałem falę śmiechu. A wieczorem, po markotnikowym spotkaniu u Adasia, nie mogłem wejść do namiotu, bo nie było w nim wejścia. Grubszy trochę zmodyfikował konstrukcję mojej noclegowni.

503

Zakochani mieli przerąbane… zawsze musiałem wleźć w kadr.

502

Wieczory spędzaliśmy przy ognisku… jak nie lało. Pewnego dnia przyszła do nas dyrektorka ośrodka browarów warszawskich i zaprosiła nas na swoje ognisko.

– usłyszałam jak pięknie gracie i śpiewacie. Przyjdźcie do nas na ognisko… jest kiełbaska, dwie beczki piwa…

Kiedy opadł kurz, pani dyrektor spostrzegła, że jest sama przy namiotach. My w tym czasie żarliśmy kiełbachę i kończyliśmy drugi kubeczek piwa.

Czasem wpraszaliśmy się na ośrodkową dyskotekę.

501

W tym okresie miło wspominam znajomość z Bananem. To, jak naprawiał swój motocykl (zajechane sprzęgło) młotkiem i przecinakiem ;-). Zmienił moje życie i być może nie tylko moje… Wtedy narodziła się pasja. I tak zostało, aż po dzisiejszy dzień.

504

No i fota pożegnalna… Żyjesz z ludźmi przez kilka tygodni, a potem każdy rozchodzi się do własnego domu, życia… zawsze smutne :-(

506

Na mazury wyjechaliśmy jeszcze w 1995 i 96 roku. Już było inaczej. Mniej szaleństw. Więcej troski o osoby towarzyszące, dopadła nas dorosłość… ehh.

W 1997 roku już nie pojechałem z grupą. Zacząłem przecierać nowe szlaki… w życiu.
Dziś już żadnego z nas nie stać, by żyć tak beztrosko i cholernie prosto.

Dziś rozumiem co dali mi rodzice kiedy ukończyłem osiemnaście lat… a właściwie to… piętnaście :-)