narty – białka

Wylądowaliśmy w Białce Tatrzańskiej.
Mieszkamy w domu typowo góralskim. Ale nie takim z wysokim i ostrym dachem. Jego typowość polega na funkcjonalności góralskiej.
Dom u swych podstaw, składa się z izby zamieszkiwanej przez owce i gospodarzy, a w górnej części śpią cepry… znaczy się my.
Pierwsze, co rzuca się na ciebie po przekroczeniu progu, to zapach. Co wrażliwsze nosy pomyślą o oborze i zwierzęcych odchodach. I coś w tym jest. Lecz po godzinie przebywania w tym domu, odnajdujesz w tym zapachu słomę, owczą skórę, drewno jeszcze nie tak stare…
I może się to wydać śmieszne ale po pewnym czasie zaczynasz kochać ten zapach. I nawet podejrzewam, że gdy stąd odjadę, będę za nim tęsknił.

114

Postaram się oddać to wszystko na fotach. Jak tylko dorwę aparat i wycisną z tego miejsca wszystkie soki.

Każdy dzień spędzamy na stoku. Oczywiście z przypiętymi do butów dechami.
8 godzin łażenia po mrozie… tzn. ja łażę… ktoś musi zostać na dole, by szaleć na nartach mógł ktoś. ;-) Osobiście nie lubię nart, ale lubię całą otoczkę związaną tą pasją. Tu, w dolinie, towarzyszy mi Szwagier. On z przymusu musi tylko kochać narciarską atmosferę. Jego artystycznie rozsypane kolano przykuło go do mej osoby :-)

Zajęcie jakie nam wypełnia czas, to nauczanie małych ludzi jak jeździć na nartach. To ja i Szwagier spowodowaliśmy, że tarcie pod nartami naszych chłopaków nie istnieje. A potem… potem zajęli się tym profesjonaliści.

115

116

Uwieńczeniem dnia stają się ogniskowe posiadówy, grzańcowo-piwno-kiełkasko-oscypkowe.

117

Dziś był kolejny powód, jeden z wielu powodów, których nie brakuje by wypełnić żołądek łokowitką. Urodziny Miłosza.
Były prezenty w postaci czekolady, paczki gum rozpuszczalnych i soku Kubuś. Tort ze świeczkami zastąpił płomień z zapalniczki ;-)

118